Recenzja: Taranis X-Lite

Kiedy kupowałem swoją pierwszą poważną aparaturę, pod hasłem Taranis występował w zasadzie wyłącznie model X9D. Praktycznie wszyscy piloci, których oglądałem na Youtube, używali właśnie jego, więc chcąc wykluczyć to, że sprzęt jakkolwiek może mnie ograniczać, postawiłem na ten właśnie model. Uzupełniłem go potem o manipulatory z sensorem Halla (M9), moduł TBS Crossfire i tak dalej. Kiedy wyszedł model Q X7 stwierdziłem, że w żaden sposób nie konkuruje on z posiadanym przeze mnie sprzętem. Ot, o połowę tańszy, ale i prostszy odpowiednik swojego starszego brata X9D. Oczywiście z chęcią polecałem go wszystkim, którzy potrzebowali aparatury z FrSky, ponieważ różnica w cenie była zauważalna i na pierwszy sprzęt Q X7 była aż nadto wystarczająca, a potrafiła nawet wyprzedzać X9D technicznie w paru miejscach, to jednak nie była w stanie mnie przekonać do jej zakupu. Podobnie nie poruszyły mnie Horusy, które weszły na rynek poniekąd jako następcy trochę leciwie już wyglądającego X9D. Kolorowy ekran i ładniejsza obudowa oczywiście kusiły, ale funkcjonalnie nie czułem żadnego zysku. Ponadto dość zniechęcające wydawały mi się gabaryty i waga, więc nie za bardzo rozumiałem zysk, który będę miał z wymiany na młodszy model. I gdy już utwierdziłem się w przekonaniu, że zostanę z moją aparaturą na dobre, pojawił się model X-Lite. Czemu poświęciłem środki na zakup tej właśnie aparatury? Czy zastąpi mojego X9D? Zapraszam do przeczytania moich wrażeń!

Motywacja

Odpowiedzmy sobie na pierwsze z zadanych pytań – dlaczego właściwie kupiłem tą aparaturę? X-Lite przekonał mnie do siebie rozmiarem. O ile X9D wciąż bardzo sobie cenię i nie widzę powodu, dla którego miałbym się go pozbyć, o tyle targanie tak wielkiej aparatury do polatania np. TinyWhoopem, albo modelem 2″, czy 3″ mija się dla mnie z celem. Szukałem aparatury „wyjazdowej” nie zajmującej aż tyle miejsca. Fatsharki są dość kompaktowe, a małe modele wraz z bateriami również nie zajmują miejsca. Nie można tego jednak powiedzieć ani o X9D, ani Q X7. Dodatkowo, spodobał mi się kształt X-Lite, który przypomina pad do gier. Od wczesnych lat przyzwyczajałem się do sterowania przy pomocy wielu kontrolerów, czy to od Playstation, czy XBoxa, więc miałem pewną nadzieję, że nowy model Taranisa będzie równie ergonomiczny. Liczyłem się z krótszymi manipulatorami, ale uznałem, że to cena bardziej kompaktowych rozmiarów. Wciąż też kusiła mnie opcja posiadania drugiej aparatury do symulatorów. Po nie do końca udanym eksperymencie z Turnigy Evolution, które mocno odbiegało od Taranisa X9D, X-Lite zdawał mi się bliższy także jakością wykonania. I tak oto z użyciem Paypala stałem się właścicielem tego modelu.

Podziękowanie

W tym właśnie miejscu pragnę podziękować szczególnie Adamowi i Grzegorzowi, którzy w sposób zauważalny wsparli blog 4Śmigła.pl wykorzystując link u góry, po prawej stronie. To w dużej mierze dzięki nim dwóm i temu, że niektórzy z Was, czytelników, kupują na Banggood z użyciem odnośników w recenzjach, ten artykuł mógł powstać. Bardzo Wam dziękuję!

W pudełku

Taranis X-Lite przychodzi do nas w kartonie, w środku którego znajdziemy wyjątkowo zgrabne etui. Jest ono sztywne, estetyczne i dobrze chroni aparaturę w transporcie.  Logo FrSky gwarantuje, że nikt nie będzie miał wątpliwości, co niesiemy w środku.

Wewnątrz znajduje się wycięcie dokładnie w kształcie urządzenia. Dzięki niemu aparatura nie obija się podczas noszenia, zaś materiał, z którego wykonano wyściółkę powinien uchronić przed rysami i otarciami.

Aparatura wewnątrz etui leży w specjalnie dla niej przygotowanym wycięciu, które chroni ją nawet w bardzo szorstkich warunkach transportowych.

W górnej części etui znajduje się kieszeń wykonana z siateczki, która oryginalnie mieści instrukcję. Później można ją wykorzystać do noszenia drobiazgów. W moim przypadku są to opakowania zapasowych śmigieł 3″ oraz klucz do ich montażu, jak również kabel USB, który wpinam do komputera chcąc polatać w symulatorze.

Kieszeń wykonana z siatki pozwoli przechować parę zapasowych części w etui od aparatury.

Wraz z aparaturą otrzymujemy parę drobiazgów. Jest to zestaw gumek – zaślepek do otworów, jedna śrubka bezłebkowa oraz rurka termokurczliwa. Opcjonalnie możemy tą ostatnią pociąć i założyć na poszczególne przełączniki – w zestawie dostajemy jedną, którą musimy samodzielnie podzielić i zacisnąć.

Przełączniki z przyciętymi osłonkami termokurczliwymi. Cała, dołączona w zestawie leży obok.

Manipulatory

Fabrycznie w Taranisie X-Lite (podobnie jak Q X7) oba manipulatory wracają do pozycji środkowej. O ile w przypadku poprzedniego modelu należało rozebrać aparaturę, aby lewy (Mode 2) drążek nie centrował, o tyle w X-Lite wystarczy wkręcić dołączoną śrubkę w jeden z otworów. Powoduje on rozluźnienie sprężyny i po tym prostym zabiegu gaz będzie pozostawał w dowolnej pozycji.

Śruba, która pozwala ustawić centrowanie lewego manipulatora. Jej częściowe wykręcenie spowoduje, że nie będzie on wracał do pozycji neutralnej, czyli gaz (Mode 2) będzie pracował luźno.

Niektórzy recenzenci zwracali uwage, że gwinty są dość miękkie, a otwory znajdują się głęboko, więc łatwo jest ukręcić dołączoną śrubkę. Ostrzeżony, robiłem to delikatnie i z wyczuciem. Nie warto się w każdym razie się spieszyć i dobrze jest pilnować, aby śruba wchodziła pod odpowiednim kątem. Dopóki nie stawia wyraźnego oporu, możemy nią kręcić.

Łepek imbusowej śruby i gumowa zaślepka, którą zakładamy, gdy już wyregulujemy odpowiednio aparaturę.

Jeśli już mowa o śrubkach, w ten sam sposób, dołączonym imbusem możemy regulować, jak twardo będą pracowały oba manipulatory. W pozostałych otworach również znajdują się, tym razem fabrycznie wkręcone, śrubki, których obracanie powoduje, że drążek słabiej, bądź silniej wraca do pozycji środkowej. W stosunku do wszystkich wcześniejszych Taranisów jest to wyraźny krok w przód i bardzo cieszy mnie, że producent dał możliwość regulacji, bez rozkręcania aparatury, co na ogół było jedną z pierwszych czynności po zakupie. Niestety nie jest to rozwiązanie bez wad. Możemy regulować opór manipulatorów jedynie w osi pionowej. Oznacza to, że nie mamy wpływu, jak wiele siły trzeba będzie włożyć w wychylenie ich w bok, czyli „yaw” oraz „roll” i jak szybko wrócą do pozycji neutralnej. Bardzo szkoda, ale z drugiej strony dość szybko przyzwyczaiłem się do tego, jak pracują manipulatory i nie odczułem, że jestem jakoś specjalnie ograniczony. Bez problemu też „przesiadałem” się z X9D na X-Lite latając tego samego dnia zarówno 5″ modelami, jak i 3″, który jest sparowany właśnie z nowym Taranisem.

Należy przy tym zauważyć, że żaden z manipulatorów nie ma tzw. ratchetingu, czyli charakterystycznej ząbkowanej prowadnicy, która powodowała, że mógł lekko terkotać podczas pracy, ale też lepiej zachowywał ustaloną pozycję. W każdej dotychczasowej aparaturze dało się oczywiście wyregulować manipulator, aby ratchetingu się pozbyć, co też dzielnie robiłem, ale jeśli ktoś korzystał z niego, to tutaj go nie uświadczy. Jedyną regulacją jest opór, z jakim manipulator pracuje.

Przejdźmy więc do samych drążków. Są one zauważalnie krótsze, niż w pozostałych modelach, co z początku może budzić niepokój odnośnie precyzji, z jaką będziemy w stanie kontrolować kopter. Do pewnego stopnia pewnie tak właśnie jest, aczkolwiek z moich obserwacji wynika, że zmniejszenie rates powoduje, że kopter daje się porównywalnie dobrze prowadzić.

Manipulator jest krótszy, więc i jego wychylenie jest szybsze. Oznacza to, że możemy mieć nieco mniejszą kontrolę nad jego bieżącym położeniem, ale w zamian, szybciej jesteśmy w stanie gwałtowniej przejść do skrajnych pozycji i wrócić do środka. Jeśli pamiętacie czerwone manipulatory do X9D o mniejszym wychyleniu (-45st. do 45st.) to rozumiecie o czym mówię. Przykładowo, sterowanie gazem może nie być aż tak dokładne jak w większych aparaturach, ale w zamian możemy szybciej go dodawać i zmniejszać, gdy tego potrzebujemy. W trakcie lotu cały czas i tak go korygujemy, więc mniejsza długość drążka nie jest specjalnie dokuczliwa.

Manipulatory wychylają się o około 45 stopni w każdą stronę

Warto też napisać, że długość manipulatora jest regulowana, co jest ciekawą opcją. Służy do tego śrubka, która wchodzi w niego od góry. Możemy wydłużyć drążek o ok. 5mm, co może nie wpłynie drastycznie na precyzję sterowania, ale w jakimś stopniu może ją poprawić.

Miniaturowa śrubka imbusowa pozwala wyregulować długość manipulatora
Lewy manipulator jest maksymalnie wysunięty, prawy schowany. Na regulacji możemy zyskać parę milimetrów długości, która jest odczuwalna.
Maksymalne wydłużenie manipulatora daje co prawda lepszą precyzję sterowania, ale traci na tym ergonomia i ułożenie dłoni na aparaturze nie jest już takie komfortowe. Kciuk bardziej wisi w powietrzu i dla mnie nie było to wygodne.

Kształt manipulatora nieco różni się w stosunku do poprzedników. Na połowie długości cienkiego pręcika nakręcona została końcówka w kształcie „łezki”, która jest płasko zakończona. To taka hybryda, która powinna zadziałać zarówno dla osób sterujących kciukami (ang. thumbers), jak i dwoma palcami (szczypaczy – ang. pinchers). Niestety do tych drugich się nie zaliczam, więc trudno mi ocenić jednoznacznie ergonomię tego rozwiązania. W przypadku opierania kciuków trochę przeszkadza mi zbyt łagodne wykończenie szczytu manipulatora, który zamiast naprawdę ostrych ząbków, jak miało to miejsce w X9D, ma je nieco skromniejsze. Oparcie kciuków jest dobre, ale parokrotnie w trakcie wyścigów w symulatorze LiftOff musiałem nieco poprawiać pozycję palców, bo po prostu się ześlizgiwały. Nie jest to duży problem, ale alternatywne manipulatory proponowane przez horusrc.com mogą w tej kwestii pomóc.

Warto w tym miejscu napisać, że w X-Lite są fabrycznie zamocowane manipulatory z czujnikami Halla (ang. Hall sensor) M12, co oznacza, że wychylenie drążka jest mierzone zmiana pola magnetycznego (bezstykowo), a nie potencjometrem, który pracuje na łożyskach. Powoduje to, że manipulator pracuje z mniejszym oporem, a precyzja określania pozycji jest naprawdę wysoka. W zestawieniu z Q X7, do którego trzeba było osobno dokupić manipulatory, co podnosiło znacząco cenę aparatury, X-Lite prezentuje się jako naprawdę realna alternatywa. Była co prawda wersja Q X7s, która dostawała drążki M10 z hall sensorem w komplecie, ale różnica w cenie powodowała, że bliżej jej było do X9D, niż właśnie X-Lite.

Wracając jeszcze do sterowania – jeśli jesteście przyzwyczajeni do trzymania kontrolera do gier w rękach, to X-Lite z pewnością przypadnie Wam do gustu. Jego kształt bardzo przypomina wszelkiej maści pady konsolowe. Jest nieco większy, ale jego ergonomia jest naprawdę wysoka. Dłonie mają wygodne oparcie na bokach urządzenia, a waga rozłożona jest równomiernie. Pod względem oddalenia od siebie manipulatorów, jest moim, subiektywnym zdaniem lepiej, ponieważ w Q X7 manipulatory zdawały się być dość mocno rozsunięte, co niektórym wydawało się niewygodne. Tutaj chwyt na aparaturze i jej gabaryty zdają się bardzo dobrze dopasowane do dłoni. Należy jednak pamiętać, że jeśli ktoś ma je wyjątkowo duże, czy relatywnie długie palce to X-Lite może być dla niego zbyt mały.

Przełączniki

Trzymając w rękach aparaturę, mamy także łatwy dostęp do przełączników, które znajdują się z przodu. W podstawowej konfiguracji znajdziemy cztery. Dwa dolne są dwupozycyjne, zaś górne mają 3 pozycje. Dodatkowo nisko z przodu znajdują się dwa pokrętła analogowe, które również możemy wykorzystać – np. do zmiany koloru LEDów. Niestety zakres ich obrotu jest dość krótki, więc ustawienie ich np. w jednej z 8, czy 10 pozycji może być dość trudne, a są na tyle czułe, że trącenie palcem zmienia ich pozycję. Tym niemniej w Velocidrone używałem ich do ustawiania kąta pochylenia kamery oraz kąta widzenia i sprawdzały się całkiem nieźle. Momentami wartość trafiała pośrodku i gra wyświetlała co chwila np. 120 i 121, ale dało się to ustabilizować.

Same przełączniki są dość krótkie, co wpasowuje się w ogólny wygląd i gabaryty aparatury. Z początku miałem trochę wątpliwości, ale okazało się, że ich ergonomia na tym nie cierpi. Chodzą one dość ciężko, co gwarantuje, że nie powinniśmy ich przypadkiem przestawić. Należy przy tym zauważyć, że w odróżnieniu od np. Q X7, albo X9D, tutaj końcówki przełącznika nie są spłaszczone i rozszerzające się na końcach, tylko cienkie i zaoblone. Pewniejsze oparcie na przełącznikach uzyskamy po włożeniu ich w dostarczone termokurczki, które powodują, że palce będą się mniej na nich ślizgać.

Przełączniki bez termokurczek może są nieco bardziej śliskie, ale też lepiej wyglądają wpasowując się w bardzo elegancką linię X-Lite
Po założeniu termokurczek mamy pewniejsze oparcie palców, ale trudno powiedzieć, czy jest to warte zachodu. Każdy musi zdecydować samodzielnie.

Specyficzną rzeczą jest to, że dolny przełącznik jest bardzo krótki i nieco trudniej jest go przestawiać. Wydaje mi się, że tutaj akurat producent był trochę zbyt zachowawczy, ponieważ w połączeniu z tym, ile siły wkłada się w jego przestawianie – nie jest to najbardziej ergonomiczne rozwiązanie. Zakładam, że przyczyny mogły być dwie – po pierwsze, gdyby przełącznik ten służył do uzbrajania koptera (jest 2-pozycyjny) to nie chciałbym, żeby przypadkowe jego trącenie rozbroiło mi kopter w locie. Ponadto różnica długości powoduje, że palcem łatwo wyczujemy, który z przełączników aktualnie trzymamy.

Dolne przełączniki są bardzo krótkie i 2-pozycyjne

Zewnętrzne gniazdo antenowe

Skoro już jesteśmy na przedniej ściance aparatury, warto spojrzeć pod zaślepkę, która znajduje się dokładnie pośrodku. Znajdziemy tam gniazdo RP-SMA służące do podłączenia zewnętrznej anteny. Jeśli będziemy chcieli użyć np. takiej o zysku np. 5dBi to taką możliwość producent nam pozostawił. Jednocześnie Taranis posiada już antenę w środku i po pierwsze wygląda na to, że działa ona niegorzej, niż Q X7, a po drugie nie wystaje w żaden sposób poza obrys aparatury.

Gumowa zaślepka chroni gniazdo antenowe przed zanieczyszczeniami i uszkodzeniami. Świetny pomysł, aby schować je w obrysie sprzętu.
Złącze antenowe Taranisa X-Lite to RP-SMA (z bolcem), więc taką też antenę musimy wkręcić. Producent przewidział zewnętrzne anteny i są one dostępne na rynku, ale z uwagi na duży otwór wokół gniazda – praktycznie każda antena 2.4GHz się nada. Pytanie tylko, czy uzyskamy o tyle lepszy zasięg, że warto „psuć” kształt i kompaktowość aparatury.

Zasilanie

Wiele kontrowersji budzi zasilanie aparatury. Wiele osób przyzwyczaiło się do użycia ogniw 18650, które wyglądem przypominają baterie AA (tzw. „paluszki”) i z chęcią zastępuje Li-Po np. od gogli FPV zestawem właśnie takich Litowo-Jonowych źródeł energii. Koszyczki pod 18650 są także powszechnie dostępne – niektóre wręcz dedykowane, takie jak do FatSharków. FrSky poszło inną drogą, jeśli chodzi o swoją aparaturę i do jej zasilania wykorzystuje baterie 18500. Są one krótsze, niż omawiane wcześniej. Ich popularność jest również niższa, co odbija się na dostępności. Ja akurat nie miałem ani ładowarki do tego typu ogniw, ani samych baterii, więc przez Allegro zamówiłem polecane szeroko Panasonic NCR18500A, których pojemność to aż 2040mAh. W sieci znalazłem jeszcze parę alternatyw, ale niewielka różnica w cenie i pozytywne opinie odnośnie tych akumulatorów ostatecznie mnie do siebie przekonały. Należy przy tym zauważyć, że kupno zestawu ładowarka + ogniwa to wydatek około 100zł, więc należy je uwzględnić, jeśli skusicie się na Taranisa X-Lite. Pakiety można też kupić na Banggood. Są też tańsze i o pojemności 1500mAh, ale trudno powiedzieć, w jakim stopniu okażą się gorsze od Panasoniców. Ładowarka również dostępna jest na Banggood oraz naszym rodzimym Allegro.

Warto wspomnieć, że wśród ogniw 18500 są dwa typy. Elektroda po stronie „+” może być płaska, zlicowana z górną krawędzią baterii lub wystawać poza jej obrys. Kupując ogniwa do X-Lite pamiętajmy, aby wybrać baterie z płaską końcówką, gdyż w przeciwnym razie, co prawda uda nam się upchnąć je w środku, ale zamknięcie klapki będzie kłopotliwe i będzie ona dość mocno naprężona.

Baterie 18500 od Panasonica mają płaski biegun „+”, więc bez kłopotu włożymy je do X-Lite

Producent zdecydował się zrobić miejsce na pakiety w rękojeściach aparatury – wchodzą po jednej z każdej strony. To gwarantuje niezłe rozłożenie ciężaru, a ponadto z tyłu i tak znajduje się już gniazdo rozszerzeń, więc nie byłoby tam miejsca. W celu włożenia baterii musimy zdjąć dwie końcówki, które kryją pod spodem gniazda. Te pierwsze wystarczy tylko przekręcić o 45 stopni i zsunąć.

Kierunek wkładania baterii jest oznaczony, więc nie powinniśmy pomylić polaryzacji. Końcówki mają w środku sprężynki, które dociskają baterie. Zamykamy je poprzez przekręcenie w drugą stronę. Przeczytałem, że ktoś narzekał na to, że przypadkiem otwierały mu się te zamknięcia podczas sterowania modelem, ale nie za bardzo wydaje mi się to możliwe, bo wymaga to jednak trochę siły, a obrócenie elementu o 45 stopni tylko podczas trzymania aparatury nie za bardzo wydaje mi się prawdopodobne.

Klapki mają od wewnątrz wytłoczony symbol „-„, który pokazuje którą stroną wkładać baterie do rękojeści aparatury.
Bateria w całości chowa się w rączce i po jej włożeniu wystarczy tylko zamknąć klapkę. Gdybym użył ogniwa z wystającym „+”, o czym wspominałem wcześniej, wystawałoby poza obrys, co nie występuje, gdy wierzch baterii jest płaski.

Oczywiście nie minęło wiele czasu, a na thingiverse są już wzory zaślepek do Taranisa X-Lite, pozwalające włożyć baterie 18650. W moim odczuciu wyglądają dość szpetnie i wymagają przełożenia blaszek, bo „-” baterii musi jakoś być połączony z aparaturą, więc mnie osobiście nie przekonały, ale jeśli ktoś już ma zapas tych baterii to może wyjdzie mu taniej po prostu kupić, albo wydrukować ten element.

Nawigacja po menu i trymowanie

Dość minimalistycznie wygląda też wierzch aparatury. Po lewej stronie znajduje się 4-kierunkowy krzyżak służący do trymowania. Domyślnie wprowadza on korektę dla kanałów roll/pitch, czyli tych, które w Mode 2 są na prawym manipulatorze. Najczęściej bowiem właśnie w tych osiach chcemy regulować sterowanie. Trymowanie throttle i yaw możemy przeprowadzić, gdy wcześniej przytrzymamy przycisk po prawej stronie (ten wyżej). Uważam, że to rewelacyjne rozwiązanie, ponieważ krzyżak jest bardzo wygodny w użyciu, a z uwagi na to, że yaw i throttle prawie nigdy nie poprawiamy, znikają nam dwa, praktycznie nieużywane przyciski.

Nawigację po menu aparatury zapewnia grzybek, który znajduje się po prawej stronie. Jest to miniaturowy joystick, który pracuje w 4 kierunkach i dodatkowo można go wcisnąć. Przycisk powrotu znajduje się obok i jest tym samym, wspomnianym wcześniej, który pozwalał nam przełączać się między trymowaniem jednej i drugiej pary kanałów.

4-kierunkowy joystick pozwala na bardzo wygodne poruszanie się po menu.

Wyświetlacz

Nie mogło oczywiście zabraknąć wyświetlacza. Taranis X-Lite ma mniejszy ekran niż Q X7, ale jednocześnie jego rozdzielczość jest taka sama, jak starszego brata – 128×60, co oznacza wyższe dpi i przez to ekran jest wyraźniejszy, mniej pikselowaty. Funkcjonalnie X-Lite nic nie traci w stosunku do X9D, a dzięki oprogramowaniu OpenTX również nawigacja po menu i wszystkich opcjach jest praktycznie taka sama.

Mniejszy wyświetlacz jest w zamian wyraźniejszy, ponieważ utrzymał takie samo DPI, jak w Q X7

Aparatura ma tzw. haptic feedback, czyli informuje i ostrzega nas o różnych rzeczach zarówno wyczuwalną wibracją, jak i poprzez głośnik umieszczony poniżej wyświetlacza. Dźwięk jest całkiem wyraźny, a charakterystyczne burczenie, które doskwierało Taranisowi X9D jest pieśnią przeszłości. Oczywiście w menu możemy wyregulować zarówno siłę wibracji, jak i głośność komunikatów.

Głośnik umieszczony u dołu aparatury działa lepiej niż w X9D, a podobnie jak w Q X7. Jest głośny i całkiem wyraźny, a przy tym nie brzęczy, jak w pierwszym z wymienionych modeli.

Gniazda i wyjścia

Z tyłu aparatury, pod suwaną klapką znajduje się gniazdo, w które można wpinać inne moduły radiowe. Aktualnie dostępny jest jedynie R9M Lite, czyli rozwiązanie do lotów dalekiego zasięgu przygotowane przez FrSky, pracujące na 868MHz (w Europie) i 900MHz (m.in. w USA). Oczywiście gniazdo przyjmuje moduły dla X-Lite, więc starsze, np. dla X9D nie będą pasować. Na blogu Oscara Lianga znalazłem informację, że można zaadaptować moduł TBS Crossfire, ponieważ sam układ pinów jest zgodny, tylko trzeba zastosować adapter. Obudowę można wydrukować na drukarce 3D.

Gniazdo modułów pozwala włożyć na przykład nadajnik R9M Lite, który podobnie jak TBS Crossfire pracuje w paśmie 868-900MHz i pozwala na loty dalekiego zasięgu

Podobnie jak w Q X7 producent zdecydował się umieścić wszystkie gniazda w dolnej części aparatury. W odróżnieniu od poprzednika tutaj są one na wierzchu i nie zostały zabezpieczone gumową zaślepką, ale z uwagi na wystające uchwyty i inny kształt aparatury, ich zanieczyszczenie byłoby pewnym wyzwaniem, przynajmniej przy standardowym wykorzystaniu.

W aparaturze znalazło się oczywiście miejsce na gniazdo microSD, na której możemy przechowywać dodatkowe dźwięki aparatury, firmware do programowania odbiorników, dodatkowe profile dla modeli, skrypty LUA itd. Oprócz tego mamy gniazdo słuchawkowe oraz microUSB, by podłączyć aparaturę do komputera. Pełni ono parę funkcji. Po pierwsze możemy wgrywać nowsze oprogramowanie, ponadto kopiować pliki na kartę microSD (tryb USB Storage) i wreszcie sterować w symulatorach (tryb HID Device). Ostatnie, 3-pinowe gniazdo to smart port do programowania odbiorników. Umiejscowanie wszystkich wejść we wspomnianym miejscu powoduje, że aparaturę możemy spokojnie odłożyć mimo podłączenia do niej kabla USB, czy odbiornika. X9D było pod tym względem dużo mniej przemyślane, ponieważ gniazdo USB było z tyłu, co sprawiało, że po podłączeniu kabla aparatura nie dawała się położyć płasko bez jego wyłamywania. W X-Lite przewody biegną pomiędzy obydwoma uchwytami na dłonie, nie przeszkadzają przy sterowaniu i są dodatkowo chronione.

Menu i konfiguracja aparatury

Osoby, które znają oprogramowanie OpenTX z innych aparatur powinny wiedzieć, że pozwala ono naprawdę na wiele. Szczęśliwie dla nas, Taranis X-Lite nie został pozbawiony właściwie żadnej funkcji, którą znamy z jego starszych braci. Aparaturę włączamy przytrzymując przycisk w jej górnej części.

Włącznik, podobnie jak i logo FrSky jest wewnątrz pokryty brokatem i wygląda wyjątkowo dobrze. Nie mamy też szans niechcący go nacisnąć.
Przycisk zmienia kolor zależnie od stanu. Z kolei w OpenTX możemy wgrać dowolną grafikę startową. Ta oczywiście nie jest zaskoczeniem 😉

Aparatura rozpoczyna pracę od przedstawienia nam ostrzeżeń o tym, że gaz nie jest w pozycji dolnej lub któryś z przełączników jest w pozycji górnej. Znamy to już z X9D i Q X7 – opcja chroni nas np. przed uruchomieniem z ustawionym przełącznikiem od uzbrajania. Ostrzeżenia oczywiście można wyłączyć, ale ja lubię, gdy aparatura mówi mi o tym, że coś jest ustawione inaczej, niż domyślnie (np. tryb lotu).

Przycisk zmienia kolor wyświetlając ostrzeżenia. Trudno je przeoczyć, bo przy okazji usłyszymy też pikanie i poczujemy wibracje. Wszystko, by nie zrobić sobie krzywdy.

Domyślny widok nie różni się od innych Taranisów. Prócz nazwy modelu, timera, który pokazuje jak długo kopter był uzbrojony (konfigurowalne) oraz całkiem wyraźnie oznaczonego napięcia baterii, mamy oczywiście także stan trymów oraz bieżącą pozycję manipulatorów. Do wyboru mamy parę ekranów z pewną możliwością konfiguracji. Ważne jest to, że wszystkie najważniejsze informacje mamy na jednym ekranie.

Główny ekran aparatury, taki jak będziemy mieli podczas latania.

Popchnięcie i przytrzymanie analogowego joysticka w lewo pozwoli nam wejść w opcje konfiguracyjne samej aparatury. Mamy tutaj parę ekranów, z czego pierwszy zaczyna od podstawowych: głośności, podświetlenia, ustawienia daty, godziny, zakresów napięcia baterii itd.

Jeśli będziemy chcieli zmieniać firmware w odbiorniku, albo wbudowanym nadajniku, przyda się też dostęp do katalogów na karcie SD, co jest kolejnym ekranem.

Nie brakuje także ekranów diagnostycznych pokazujących przeróżne ustawienia, od numerycznie wyrażonych pozycji manipulatorów, aby zobaczyć, czy aparatura otrzymuje poprawne wartości, po informacje o wersji oprogramowania, a skończywszy na kalibracji drążków – głównie potrzebna, gdy wymieniamy je na nowe/inne.

W menu możemy łatwo podejrzeć bieżącą, używaną przez nas wersję oprogramowania aparatury. Czasem warto jest je zaktualizować.
Ekran pokazujący „gołe” wartości pochodzące z układów takich jak przełączniki, czy manipulatory. Pozwala to ocenić, czy aparatura dostaje właściwe wartości i czy to sam od  czujnik w manipulatorze szwankuje, czy to elektronika źle interpretuje wchodzące wartości, co oznacza, że pora na kalibrację.
Ekran kalibracji manipulatorów, na którym możemy na nowo ustawić wszystkie skrajne pozycje drążków. Fabrycznie wszystko powinno być perfekcyjnie skalibrowane.

Z głównego ekranu możemy też przejść do ustawień charakterystycznych dla danego modelu. Aparatura ma profile, których używamy dla każdego koptera z osobna. To między innymi z nimi powiązany jest identyfikator odbiornika, z którym jesteśmy sparowani, więc zmieniając koptery musimy też wybrać właściwy model z listy. Robimy to wciskając joystick (jest on także przyciskiem) i wybierając opcję „Select model”. W ten sam sposób możemy też dodawać nowe konfiguracje.

Ekran wyboru skonfigurowanych modeli. Jak widać jest profil pod symulatory, jak również pod Fury 3.5X oraz nieco mniejszą – Fury 2X. Każdy z modeli może mieć nadaną przez nas nazwę.

Dla każdego z kopterów mamy rozbudowane opcje konfiguracyjne, co stanowi o sile OpenTX. Na pierwszym ekranie ustawiamy podstawowe opcje takie czas lotu, po którym aparatura poinformuje nas, że czas lądować, nazwę koptera, abyśmy łatwiej mogli go znaleźć na liście, czy wreszcie same opcje odbiornika: failsafe, czy parowanie.

Każdemu modelowi możemy nadać nazwę, ustawić timery na czas lotu (np. od momentu uzbrojenia), jak również skonfigurować komunikaty głosowe.
Na tym samym ekranie możemy także skojarzyć aparaturę z odbiornikiem, ustawić Failsafe, czy wreszcie wybrać, który z nadajników ma być używany – wbudowany 2.4GHz, czy np. zewnętrzny 900MHz R9M Lite, jeśli taki moduł mamy włożony. Przydatna jest opcja wyłączenia obu nadajników, gdy używamy aparatury w symulatorze – stąd mój profil „Sim”, który oszczędza przy okazji baterię w kontrolerze.

Dwa kolejne ekrany najbardziej nas zainteresują. Pierwszy z nich to „Inputs”, czyli konfiguracja przełączników i manipulatorów. Domyślnie dla każdego modelu skonfigurowane są od razu 4 wejścia, czyli Throttle, Aileron, Elevator i Rudder odpowiadające ruchom obu drążków. Przełączniki musimy dodać samodzielnie i zdecydować pod którym z wejść chcemy, aby dany przełącznik się znajdował. Możemy też nadać mu nazwę, aby łatwiej go było znaleźć na kolejnym ekranie.

Widok konfiguracji wejść pozwala przypisać przełączniki do poszczególnych

Drugim najważniejszym widokiem zaraz po tym z opcjami parowania z aparaturą są tzw. „mixery”. Tak naprawdę to tutaj ustawiamy, które z przełączników będą wysyłane do odbiornika i widoczne pod danym kanałem. O ile konfiguracja wejść pozwala nam je nazwać i wstępnie skonfigurować, o tyle dopiero omawiany ekran faktycznie pozwoli nam przypisać dane wejście do tego, co zobaczy odbiornik. Na ekranie mikserów możemy przypisywać albo wejścia, albo same przełączniki, czy pokrętła z pominięciem poprzedniego ekranu. To ta pozycja w menu pozwala także na łączenie ze sobą różnych wejść, czyli np. 50% wartości jednego przełącznika i 50% wartości drugiego. To tutaj też możemy ustawić tzw. Idle up, czyli podbicie gazu (throttle) po uzbrojeniu koptera. Wystarczy tylko domiksować do kanału Throttle parę procent z przełącznika Arm. Open TX w tym zakresie daje naprawdę spore możliwości!

Następnie wchodzą ekrany, z których praktycznie nie korzystałem, ale kojarzę do czego służą, więc krótko tylko o nich powiem. Jeden z nich to Outputs, czyli określenie wartości, jakie faktycznie będą wychodzić z aparatury, przy danym ustawieniu. Są to między innymi limity i tzw. subtrim, czyli po pierwsze zakres wartości jakie będą wysyłane dla danego kanału (np. 1000us do 2000us), jak również korekta sygnału, gdyby się okazało, że manipulator w pozycji środkowej nie wysyła dokładnie 1500us. Nazwa „subtrim” jest nieprzypadkowa, ponieważ subtrim działa niezależnie od trymów, ale daje taki sam efekt. Chodzi o to, że jeśli z powodów mechanicznych lub elektronicznych nasz manipulator, albo przełącznik ma stałe przesunięcie wartości np. o 5us lub 10us to subtrim pozwala „na sztywno” to skorygować. Oczywiście można to zrobić trymem i zadziała tak samo, ale trzeba tu rozróżnić dwie rzeczy. Trymy służą do korygowania niedoskonałości samego koptera – np. akcelerometru. Subtrim z kolei pozwala wprowadzić korektę na sam manipulator. Tym sposobem trymy mogą pozostać wycentrowane (bo kopter dobrze trzyma się w powietrzu), a błąd działania manipulatora skorygowany właśnie przez subtrim. Niejako więc ten ostatni pozwala poprawiać niedoskonałości samej aparatury, a trym – koptera.

Limity rzadko kiedy się zmienia, ponieważ większość efektów możemy uzyskać poprzez zmianę ustawień na poziomie mikserów. Tym niemniej producent daje nam pełną swobodę nad tym, co zobaczy odbiornik przy danym wychyleniu manipulatora, czy ustawieniu przełącznika. Aha, w przypadku kopterów bez programowalnych kontrolerów lotu przydatna może być na przykład funkcja Inversion, która ustawia wartość wyjściową na przeciwną, gdyby się okazało np. że gaz jest interpretowany przez kopter odwrotnie i manipulator w dół oznacza 100% przepustnicy, zaś w górę – 0%

Ekran telemetrii, którą X-Lite oczywiście obsługuje, pozwala nam ustawić różnego rodzaju parametry mierzone przez odbiornik, które będą mogły być wyświetlane i sygnalizowane głosowo. Podstawową wartością jest oczywiście RSSI (siła sygnału odbieranego przez kopter) dla którego możemy określić progi, po przejściu których aparatura poinformuje nas znajomym poniekąd „RSSI Low”, czy „RSSI Critical”. Jeśli odbiornik ma podłączone więcej czujników (pomiar prądu, napięcia, wiatru, wilgotności itd.) – na ekranie telemetrii będzie można je wykryć i ustawić.

Ekran telemetrii to przede wszystkim najważniejsze dla nas ustawienie wartości progowych dla RSSI po przekroczeniu których aparatura da nam znać, że pora zawracać. Wartości domyślne są dobrane nieprzypadkowo i o ile nie wiemy dokładnie, co robimy – lepiej zostawić je domyślne

Ostatni z ekranów najlepiej jest znany tym, którzy korzystają ze skryptów LUA. Dla mniej obeznanych przypomnę tylko, że LUA to język programowania, który jest obsługiwany przez aparaturę i pozwala wykonywać pewne funkcje niekoniecznie przewidziane w oryginalnym OpenTX. Najczęściej w użyciu są skrypty do sterowania kontrolerem lotu przez złacze telemetrii w odbiorniku. Wspierane są zarówno Betaflight, jak i Butterflight, czy Kiss. Skrypty LUA są zdecydowaną siłą Taranisów i OpenTX, ponieważ wprost z aparatury możemy zmieniać choćby PIDy, filtry, czy moc i kanał nadajnika FPV. Jest to niezwykle wygodne i naprawdę pomocne, gdy chcemy coś szybko zmienić w ustawieniach koptera, a OSD albo tego nie umożliwia, albo wymaga zbyt wiele uwagi.

Skrypty LUA bardzo szybko zostały zaadaptowane także pod Taranisa X-Lite. Jeśli więc korzystaliście z nich w Q X7, czy X9D, tutaj również będziecie mogli z nich korzystać.

Brak trybu trenera

Co prawda nie wspominałem na blogu o tej opcji, ale istnieje sprawdzona możliwość połączenia aparatur ze sobą przy pomocy przewodu w taki sposób, aby dało się sterować kopterem na zasadzie: uczeń – nauczyciel. Główna aparatura (nauczyciela) jest zbindowana z kopterem i pozwala na jego pełną kontrolę. Za pomocą przełącznika można jednak pozwolić na nadpisanie części kanałów przez ucznia. W takim wypadku uczeń steruje swoją aparaturą, która przekazuje kablem wychylenie jego manipulatorów do aparatury głównej, która z kolei wyśle ich stan do koptera. W każdej chwili nauczyciel może przekazać sterowanie uczniowi i odebrać je, gdy dzieje się coś złego. Mając dwie aparatury Taranis łączyłem z tą opcją nadzieje, ponieważ testy z Q X7 wypadły pomyślnie i jedną osobę już uczyłem w ten sposób latać.

Niestety, Taranis X-Lite w teorii miał obsługiwać nawet bezprzewodową komunikację pomiędzy aparaturami, ale w rezultacie nie działa z żadną. Jeśli więc kupujecie X-Lite, aby na niej nauczyć kogoś latać, gdy sami sterujecie poprzez Q X7 lub X9D – niestety to się nie uda. Szkoda, bo X-Lite jest świetnym dopełnieniem dwóch pozostałych pod kątem jego kompaktowych rozmiarów, ale niestety w taki sposób z niego nie skorzystamy.

Jednocześnie zastanawiające jest to, że w menu można znaleźć ustawienia związane z tym trybem, więc być może FrSky nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. Co prawda z tego, co wyczytałem, nie ma podobno wsparcia w samym sprzęcie, więc zmiana oprogramowania może nie pomóc, ale tak, czy inaczej, na dziś nie ma możliwości połączenia ze sobą X-Lite i innej aparatury.

Użytkowanie na codzień

Aparaturę trzymamy w dłoniach dokładnie tak, jak kontroler do gier. Palce wskazujące opierają się na przedniej ściance, dzięki czemu mamy dostęp do wszystkich 4 przełączników.

Podczas moich ostatnich tygodni z Taranisem X-Lite miałem okazję używać go zarówno w symulatorach, jak i sterować rzeczywistymi modelami. Z uwagi na jego gabaryty, połączyłem z nim wszystkie małe modele do 3-calowych włącznie, które z definicji są bardziej przenośne, niż te na ramach 225mm i większych. Z uwagi na to, że w domu bawię się Playstation, użytkowanie X-Lite było dla mnie bardzo naturalne. Pewnie jeszcze kojarzycie moją przygodę z Turnigy Evolution, która docelowo miała zastąpić Taranisa X9D właśnie w symulatorach. O ile, w jej przypadku to się niestety nie udało, o tyle X-Lite od razu „kliknął” i od pierwszych minut latało mi się na nim bardzo dobrze. Należy od razu zauważyć, że Evolution i X-Lite dzieli wiele. Po pierwsze jest to jakość wykonania. Plastikowe manipulatory na potencjometrach od aparatury FlySky niewiele mają wspólnego z tymi od FrSky z czujnikami Halla. Zarówno pod względem pracy, jak i precyzji sterowania Taranis wydaje mi się bezkonkurencyjny.

Po odpowiednim ustawieniu oporu, manipulatory pracują lekko i precyzyjnie – jest to odczuwalnie przyjemniejsze, niż rozwiązania oparte o potencjometry.

Po dużym sukcesie w symulatorach, po którym etui z X-Lite na stałe zagościło przy komputerze, postanowiłem sprawdzić aparaturę także w boju, tym razem latając moją Fury 3.5X. Okazało się, że rates przeniesione 1:1 z Taranisa X9D okazały się być nieco za wysokie po przesiadce na krótsze manipulatory. Obniżyłem wartości o ok. 15% i uzyskałem bardzo zbliżony komfort kontroli nad kopterem, jaki towarzyszył mi podczas sterowania większą aparaturą.

Koptery 3″ wraz z Taranisem X-Lite stanowią naprawdę dobraną, kompaktową parę, która nie zajmuje dużo miejsca, a pozwala na bardzo satysfakcjonujące latanie.

Podsumowanie

Taranis X-Lite od początku mnie „kupił” i tak naprawdę trudno mi się do czegoś przyczepić. Owszem, można ponarzekać na nietypowe baterie (które jednak starczają na dłuuugie godziny latania), czy choćby nieco zbyt krótkie manipulatory albo brak trybu trenera. W ostatecznym jednak rozrachunku dostajemy produkt wyjątkowo wysokiej klasy, świetnie wykonany i przy okazji „dozbrojony” jak żaden poprzedni. Mówię choćby o manipulatorach M12 z czujnikami Halla, które nie są montowane w żadnej, „zwykłej” wersji Taranisa. Jest oczywiście X9D SE oraz Q X7S, ale są one sporo droższe od wersji standardowych. Tutaj dostajemy to w każdym zestawie. Nieco boli brak dołączonych baterii i ładowarki oraz brak możliwości ładowania ogniw przez złącze USB w aparaturze, ale z drugiej strony tej akurat nie musimy podłączać do gniazdka po każdym wypadzie. Nie udało mi się dotychczas rozładować Panasoniców, które używam wraz z Taranisem, ale widzę, że aparatura bez przerwy wytrzyma dobrych paręnaście godzin pracy, a po wyłączeniu wewnętrznego nadajnika w przypadku używania jej do symulatorów – jeszcze więcej.

Taranis X-Lite w sposób dość szczegółowy pokazuje, jaki jest stan baterii.

W moim odczuciu producent przetarł ścieżkę nowych rozwiązań wypuszczając Q X7 (pokrętło zmiany ustawień, porty u dołu), a X-Lite pozbierał to, co się udało, przy okazji kompaktując rozmiary. Oczywiście ten Taranis nie jest opcją dla każdego, szczególnie gdy macie szczególnie duże dłonie. Nie można jednak odebrać producentowi tego, że włożył wiele pracy w ergonomię tego urządzenia. Całość leży w rękach bardzo dobrze, pozwala na precyzyjną kontrolę modelu, ma naprawdę zadowalającą liczbę przełączników, jeśli chodzi o przeciętny kopter i wreszcie posiada kompletne, nieokrojone oprogramowanie, które znajdziemy w pozostałych modelach. Jest nawet obsługa skryptów LUA, które pozwalają zmieniać PIDy, czy kanał nadajnika FPV wprost z aparatury z użyciem SmartPortu w odbiornikach FrSky – cudo!

Skrypty Kiss LUA (jak również Betaflight) mają już wsparcie także w X-Lite, więc nic nie tracicie wybierając mniejszego kuzyna Q X7, czy X9D.

Dla niektórych Taranis X-Lite będzie pierwszą i może na długo jedyną aparaturą, którą nabędą. Jeśli rozważacie zakup swojego pierwszego kontrolera i wahacie się między Q X7, to oprócz dłuższych i większych manipulatorów w tym ostatnim, nie znajdziecie nic więcej, czego już nie posiada X-Lite. Oczywiście jeśli zechcecie zamontować TBS Crossfire to Q X7 przyjmie go nieco łatwiej (choć też nie bez modyfikacji), natomiast jeśli zadowoli was R9M Lite to dostaniecie w zamian bardzo kompaktowy sprzęt, który w całości wart jest swojej ceny. Jeśli dodatkowo dobrze w rękach leżą Wam pady konsolowe i jesteście do nich przyzwyczajeni – Taranis X-Lite będzie dla Was zupełnie bezbolesną przesiadką, a jeszcze tego samego dnia będziecie śmigali w symulatorach dzięki wbudowanemu portowi microUSB. Wszystkie aplikacje świetnie współpracowały z tym modelem, a przyzwoita waga i gabaryty pozwalają na wiele godzin ćwiczeń przed monitorem bez wysiłku.

A więc, czy Taranis X-Lite jest wart zakupu? Oczywiście, że tak! Przy rosnącej popularyzacji mniejszych kopterów (2″, 3″) jest idealnym kompanem w podróży, a więc nada się jako zastępstwo większych Taranisów. Z kolei jeśli dopiero zaczynamy, to dostaniemy naprawdę wysokiej jakości produkt z masą funkcji i gwarancją, że nie będzie nas ograniczał niezależnie od tego, jak dalece zajdziemy w tym hobby. W porównaniu z FS-i6 musimy zapłacić sporo więcej, ale na tym zakupy aparatur w zasadzie się skończą. FlySky prędzej, niż później, skończy zaś na giełdzie, więc może lepiej raz kupić od razu dobrze? Polecam!

Sklepy

%d bloggers like this: