Recenzja – DJI Mavic Mini

Wielokrotnie dostawałem pytania, czy mógłbym nagrać coś „z drona”. Na ogół chodziło o zdjęcie jakiegoś budynku, charakterystyczny widok, czy po prostu spojrzenie z lotu ptaka. Sprzęt, którym latam nie potrafi jednak stać w miejscu, a mocowana na sztywno kamera daje może ciekawe dynamiczne ujęcia, ale nie nadaje się do utrwalania sielskich widoków. Dlatego też już pewien czas temu zainteresowałem się DJI Spark, który zdawał się wypełniać tę lukę. Dwuosiowa stabilizacja kamery i zła sława uciekających Sparków w końcu mnie powstrzymała, ale temat wrócił jak błyskawica, gdy tylko pojawił się Mavic Mini. Sprzęt zdaje się spełniać wszystkie pokładane w nim nadzieje, a niewielkie gabaryty sprawiły, że natychmiast zapałałem do niego sympatią. Czekałem parę miesięcy, obejrzałem wszystkie możliwe recenzje i podjąłem decyzję – to będzie mój pierwszy DJI, który pozwoli mi uchwycić wszystko to, czego nie mogę nagrać pozostałym sprzętem. Pora się przekonać, czy było warto!

Mavica Mini kupiłem w sklepie MegaDron.pl w Gdyni (Pomorskie). Rewelacyjna, życzliwa i kompetentna obsługa oraz warunki, jakich nie otrzymałbym w żadnym innym sklepie. Jeśli potrzebujecie dowolnego drona, zależy Wam na szybkiej wysyłce i dobrej obsłudze to zerknijcie na ich ofertę. Polecam serdecznie!

Korzystając z kodu 4SMIGLA dostaniecie 5% zniżki! 🙂

W pudełku

Jest coś takiego, co powoduje, że obcowanie z produktami klasy premium (a DJI do takich jednak się zalicza) daje lekki dreszczyk emocji. Rozpakowywanie Mavica ewidentnie do nich należy.

W pudełku znajdziemy kopter oraz aparaturę. Całość w odpowiednio dopasowanej do niego wyprasce. Daje to dobre zabezpieczenie do transportu, choć to, że wierzch nie jest w żaden sposób kryty może zastanawiać. Tym niemniej dalej producent już zadbał o odpowiednie detale.

Zaczniemy najpierw od samego koptera. Podobnie, jak poprzednie modele (Pro, Air, Pro 2, Zoom) jest on składany. Producent reklamuje, że mieści się on w dłoni i faktycznie nie licząc jego grubości nie jest on wiele większy od współczesnych smartfonów. Na pewno jest to krok w przód w stosunku do niezmiennej bryły Sparka, którego następcą ten model ma prawo się stać.

Jest on z każdej strony pozaklejany taśmami, które mają sprawić, że skupimy się na wszystkich elementach po kolei i nie przeoczymy informacji, które będą kluczowe przed jego uruchomieniem. Mamy więc taśmy na śmigłach, osłonie gimbala, czy klapce baterii.

Na wszystkich elementach znajdziemy numer seryjny, który przy okazji jest też podany jako kod QR. Podobno możemy przeskanować poszczególne elementy w aplikacji, aby przyporządkować je do danego koptera.

Z uwagi na to, że kopter musi być „idiotoodporny”, producent umieszcza naklejki wszędzie tam, gdzie chce zwrócić na coś naszą uwagę. Kolejnym miejscem jest klapka baterii. Z tyłu otrzymujemy instrukcję mówiącą o tym, że musimy naładować baterię przed pierwszym lotem. Jest również opisany sposób jej wyjmowania. Wszystko maksymalnie uproszczone i wytłumaczone.

Nie brakuje też informacji o tym, że musimy zdjąć osłonę gimbala przed lotem. To akurat jest szczególnie istotne, ponieważ jeśli tego nie zrobimy, to silniki próbujące ustabilizować pozycję kamery, będą usilnie próbowały pracować, aż się przegrzeją lub popalą. Dlatego też o tym akurat warto pamiętać przed każdym lotem. Oczywiście nie od razu ten gimbal uszkodzimy, ale jest to bardzo delikatny element całego koptera i warto o niego szczególnie zadbać.

Mavic Mini jest składany, co znacząco podnosi jego kompaktowość. Kolejność rozkładania nie jest jednak obojętna, więc i tutaj producent wyraźnie pokazuje, że musimy zacząć od przednich ramion, ponieważ blokują one rotację tylnych. Również tutaj producent zabezpiecza się przed nieprawidłowym użytkowaniem poprzez jawne informowanie nas o kolejności składania i rozkładania zarówno cyframi, jak i odpowiednim opisem. Jeśli zechcemy, naklejki łatwo jest zedrzeć z chropowatego materiału, z którego wykonany jest kadłub koptera. Nie zostawią one śladów.

Aparatura również ma szczegółową instrukcję składania. Całość zasadza się na odchyleniu anten, rozchyleniu dolnych uchwytów do smartfona, wyjęciu i wkręceniu manipulatorów i wreszcie włożeniu telefonu i podłączeniu go specjalnym kablem do komunikacji po USB lub Thunderbolt w przypadku sprzętu od Apple. Oczywiście nie brakuje tutaj naklejki z instrukcją, jak należy do tego po kolei podejść.

W pudełku znajdziemy też pakiet instrukcji, które pomogą nam rozpocząć zabawę z kopterem. Nie ma tutaj pełnej, którą znajdziemy wyłącznie w sieci, choćby tutaj. Tym niemniej, zważywszy na to, że sprzęt od DJI „napakowany” jest czujnikami i algorytmami, warto zerknąć czego się spodziewać podczas lotu oraz na co uważać. Prócz skróconych instrukcji nie zabrakło oczywiście części zamiennych.

W woreczkach znajdziemy trzy przewody do łączenia aparatury ze smartfonem, albo tabletem. Po jednej stronie zakończone są złączem microUSB (od strony aparatury), zaś po drugiej mamy do wyboru – microUSB, USB-C oraz Lightning do osprzętu od Apple. W komplecie nie zabrakło zapasowych śmigieł, choć są tylko 2 pary, śrubokręta krzyżowego do ich odkręcania oraz przewodu USB->microUSB, którym będziemy ładować zarówno aparaturę, jak i sam kopter. Zauważmy, że w podstawowym zestawie nie znajdziemy ładowarki wpinanej do gniazdka. Producent, jak wiele innych firm, zakłada, że mamy w domu takową, czy to od smartfona, czy tabletu, czy jeszcze innego urządzenia. W ewentualności zawsze możemy kabel ten podłączyć do komputera. Ładowanie nie będzie szybkie, ale będzie przebiegać normalnie. Po prostu porty USB w komputerach i laptopach nie są dedykowane do ładowania i ani wyższe prądy na wyjściu, ani regulacja napięcia powyżej 5V, jak w technologiach typu Quickcharge, nie są tam obecne.

Budowa

Mavic Mini utrzymuje sylwetkę swoich starszych braci będąc jednocześnie najmniejszym kopterem ze stajni DJI. Ramiona są maksymalnie cienkie, zaś kadłub utrzymuje wyłącznie to, co było niezbędne do lotu. Liczył się każdy gram, aby utrzymać wagę poniżej 250g. Producent zostawił ciekawy bufor, ponieważ sam kopter ma dokładnie 249g – tyle, żeby zostawić miejsce na 1g dla karty microSD. Cóż za precyzja! Jednocześnie pamiętajmy o tym, że dołożenie osłon na śmigła niweczy cały plan utrzymania wagi w zakresie ćwierci kilograma, co w kontekście zbliżającej się zmiany przepisów będzie miało znaczenie!

Mavic Mini jest wykonany z tworzywa, które przypomina plastik, jest lekko elastyczne, ale w całości ma też lekko chropowatą fakturę. Nie wygląda to może jak sprzęt za milion dolarów, ale w zestawieniu z zabawkami od Eachine, czy JJRC widać, że mamy do czynienia ze sprzętem, który ma wzbudzać zaufanie.

Mechanizm rozkładania jest bardzo intuicyjny, musimy tylko pamiętać o kolejności. Wpierw rozkłada się przednie ramiona, a następnie tylne. Odwrotnie się nam nie uda, ponieważ przednie nóżki wchodzą w kolizję. Po rozłożeniu koptera możemy zobaczyć, że producent poprowadził przewody od silników w oplocie, aby dodatkowo je zabezpieczyć. Takie drobnostki pokazują za co właściwie płaci się wcale niemałe pieniądze. Zabezpieczone w ten sposób przewody będą mało podatne na przetarcie i zmęczenie.

Oczywiście, jak w każdym kopterze od DJI, producent stosuje silniki bezszczotkowe wedle swojego projektu. W celu obniżenia wagi są one otwarte z wierzchu, co z jednej strony zapewnia dobre odprowadzanie ciepła, ale z drugiej strony czyni je podatnymi na dostanie się w środek zanieczyszczeń. Pamiętajmy jednak, że Mavic Mini nie jest kopterem, który będziemy chcieli i mogli niezdarnie rozbijać. W przeciwieństwie do konstrukcji do latania Freestyle, czy wyścigowych, tutaj całość służy do spokojnego latania, a nie nerwowych ewolucji. Trzeba tylko nie zapatrzeć się w kamerę i nie wpaść między gałęzie. Jeśli chcemy dodatkowo zabezpieczyć silnik, możemy kupić kapturki zakładane na jego wierzch, aby zmniejszyć ryzyko dostania się np. piasku do samego silnika.

Smigła, jak widać są składane, zaś ich montaż odbywa się poprzez dokręcenie każdego płata osobno przy pomocy śrubki krzyżakowej. W komplecie z kopterem otrzymujemy śrubokręt, który warto włożyć do etui razem z Maviciem Mini, ponieważ inaczej nie wymienimy ich gdzieś w trasie.

Byłem ciekaw, jak miękkie są śmigła od Mavica mini i wychodzi na to, że są bardzo elastyczne. Daje się je z łatwością wygiąć, ale jednocześnie nie pękają i wracają do oryginalnego kształtu. Jakkolwiek warto transportować Mavica w sposób możliwie bezpieczny, o tyle nawet jeśli nie zastosujemy osłony, która będzie śmigła trzymała w jednym miejscu, to nie powinno nic im się stać.

Od spodu koptera znajduje się włącznik oraz wskaźnik naładowania baterii. Jest to bardzo przydatna funkcja, ponieważ jednym naciśnięciem przycisku możemy zobaczyć, czy naładowaliśmy pakiet przed wyjściem z domu, czy też nie. Cztery białe diody pokazują stan naładowania baterii w krokach co 25%, więc 3 świecące się diody to przykładowo zakres 51-75%. DJI w większych kopterach stosuje takie wskaźniki bezpośrednio na pakiecie, ale tutaj z uwagi na rozmiary cały mechanizm pomiaru napięcia wbudowany jest w kopter, a nie samą baterię.

W tylnej części koptera znajdują się dwa ważne elementy. Jednym z nich jest czujnik odbiciowy operujący w podczerwieni. To te dwie soczewki po bokach. Czujnik odpowiada za pomiar odległości od przeszkody, a z uwagi na ich skierowanie – jak daleko od ziemi Mavic się znajduje. Drugim elementem jest kamera w postaci „oczka” znajdującego się dokładnie w osi koptera. Jest ona bardzo istotnym elementem, ponieważ analizuje ona na bieżąco obraz pod kopterem. Jej funkcja jest dwojaka. Po pierwsze stanowi źródło danych dla systemu Vision Positioning, czyli rozwiązania, które bazuje na analizie obrazu znajdującego się pod kopterem i na podstawie jego zmiany jest w stanie ocenić, czy kopter się przemieszcza, a jeśli tak – w którą stronę. Jest to bardzo ważny czujnik, ponieważ to dzięki tej metodzie pozycjonowania, kopter znajdujący się na wysokości paru, lub parunastu metrów jest w stanie tak stabilnie trzymać pozycję. GPS nie dostarcza danych o takiej dokładności, aby kopter nieruchomo wisiał w miejscu, więc wspomaganie tego systemu daje gwarancję dużo stabilniejszego zawisu. Warto zauważyć, że producent deklaruje dokładność zawisu na +/- 10cm z użyciem dolnej kamery i +/- 1.5m, jeśli korzystaje wyłącznie z GPS.

Nie należy jednak zapominać o drugiej bardzo ważnej funkcji. Kamera wraz z czujnikami odbiciowymi decyduje o lądowaniu. Oprócz oceny odległości od ziemi, obraz dostarczany przez kamerę jest dodatkowym źródłem informacji o tym, czy lądowanie będzie bezpieczne. W przypadku, gdy kopter stwierdzi, że nie jest w stanie przeanalizować obrazu pod sobą (np. w ciemności), stosowne ostrzeżenie pokaże się w aplikacji i będziemy musieli potwierdzić chęć lądowania i na siebie wziąć odpowiedzialność za to, na jakiej powierzchni kopter usiądzie. Czujniki bazujące na podczerwieni gubią się nad wodą, więc należy mieć do nich jednak ograniczone zaufanie.

Od spodu koptera znajdują się też sporych rozmiarów wycięcia, które mają odpowiadać prawdopodobnie za wentylację. Miejmy na uwadze, że Mavic Mini, jak zresztą wszystkie sprzęty od DJI jest mocno „upakowany”, a pracująca elektronika (w tym ESC) generują ciepło, które trzeba jakoś odprowadzić.

W tylnej części koptera znajduje się trójkolorowa dioda, która jednocześnie jest jedynym świecącym elementem (poza diodami sygnalizującymi napięcie baterii), gdy kopter znajduje się w powietrzu. Określenie, w którą stronę jest zwrócony, szczególnie po ciemku nie jest więc takie proste. Pewnym rozwiązaniem są dodatkowe LEDy, które można dokupić i przykleić pod przednimi ramionami. Pamiętajmy jednak, że każde takie rozwiązanie zwiększa finalną masę koptera.

Jednym z najważniejszych i najbardziej imponujących rozwiązań Mavica Mini jest oczywiście trójosiowy gimbal, który utrzymuje kamerę. Oczywiście dziś taka stabilizacja nie jest już wielkim odkryciem, ale rozmiary całego gimbala i kultura jego pracy są naprawdę godne pochwały.

Warto w tym miejscu wytłumaczyć mniej doświadczonym czytelnikom, czym owy 3-osiowy gimbal jest. Otóż jest to zestaw miniaturowych silniczków, który w odpowiednio zbudowanej ramie utrzymuje kamerę zawsze pod tym samym kątem, niezależnie od tego, jak pochylony lub przechylony jest kopter. Dodatkowo gimbal pozwala nam zmienić kąt pochylenia samej kamery, dzięki czemu jest ona w stanie „patrzeć” zarówno pod lekkim kątem w górę (max. 20 stopni), jak i dokładnie pionowo w dół (-90 stopni). Najważniejszą jednak cechą gimbala pozostaje to, że horyzont zawsze pozostaje poziomy i oglądający cieszą się widokiem z powietrza, zamiast patrzeć na wciąż drżący i przechylający się obraz z zamontowanej sztywno kamery.

Podawanie specyfikacji kamery, która jest dostępna wszem i wobec nie ma większego sensu, więc tylko dla formalności napomknę, że kamera rejestruje wideo w rozdzielczości do 2.7k (a więc wyżej niż Full HD – 1080p) i 30 klatkach na sekundę. Schodząc do 1080p możemy osiągnąć płynniejszy (choć mniej filmowy) obraz i otrzymać 60 klatek. Takie nagrania też świetnie spowalnia się dwukrotnie i renderuje film w 30 klatkach. Warto zauważyć, iż w porównaniu z innymi kopterami, które zwykłem testować – tutaj producent nie rzuca słów na wiatr. 2.7k to faktycznie 2.7k, a Full HD to Full HD. Nie jest to Eachine, który też rejestruje w „Full HD”, które wygląda gorzej, niż obraz z kilkuletniej kamery internetowej. Kupując Mavica Mini mamy gwarancję, że obraz będzie wysokiej jakości, a rozdzielczość podana faktycznie taka, na jaką stać matrycę.

W tylnej części koptera znajdują się dwa złącza. Pierwszym z nich jest microUSB, przez które będziemy ładować baterię. W zestawie Fly More Combo jest ładowarka do 3 pakietów, zaś w zestawie podstawowym mamy jedynie dwa przewody USB-microUSB – jeden do ładowania aparatury, drugi do samego koptera. Szkoda, że w kopterze wypuszczonym pod koniec 2019 roku nie znalazło się miejsce na USB-C, które od pewnego czasu jest już standardem w urządzeniach mobilnych.

Po prawej mamy z kolei gniazdo microSD do którego wkładamy kartę. Ciekawe jest to, że producent nie chował go pod klapką baterii, ale też z drugiej strony bez przyczyny nie wypadnie nam ona w trakcie lotu, więc tutaj to raczej kwestia estetyczna.

Pod klapką znajduje się miejsce na pakiet litowo-jonowy. Jak widać DJI stosuje swoje 6-pinowe połączenie pomiędzy kopterem, a baterią, wobec czego będziemy używać jedynie pakietów dostarczonych przez producenta.

Samo ogniwo ma jeszcze zatrzask z tyłu, więc oprócz klapki, również on będzie trzymał ją wewnątrz koptera. To miła odmiana od problemu, który niektórzy raportowali dla Sparka, w którym krzywo włożony pakiet mógł się wyczepić podczas lotu. W Mini zmiana baterii może potrwać nieco dłużej, ale i jej mocowanie jest dużo pewniejsze.

Sama bateria, którą znajdziemy w zestawie (lub 3, jeśli kupiliśmy Fly More Combo) ma napięcie znamionowe 7.2V i pojemność 2400mAh. Przypominam, że jest to pakiet litowo-jonowy, a te mają nieco niższe napięcie nominalne. W stosunku do pakietów litowo-polimerowych, te są nieco tańsze w produkcji (choć patrząc na cenę baterii od DJI jakoś tego nie czuję) i mają wyższą gęstość energetyczną. Oznacza to, że w stosunku do jej objętości, jest ona w stanie przechować więcej ładunku, a więc zapewnić nam dłuższy lot, przy mniejszych gabarytach, niż litowo-polimerowy odpowiednik.

Jeśli zdecydujemy się dokupić kolejny pakiet, co sam zamierzam niedługo uczynić, można kupić specjalną nakładkę, którą wpinamy na baterię i do niej podłączamy przewód USB. W ten sposób możemy ładować drugi pakiet poza kopterem. W zestawie Fly More Combo dostajemy dedykowaną ładowarkę dla 3 pakietów, ale co ciekawe, producent wspiera dostarczanie łądunku tylko do jednej na raz. Oznacza to tyle, że owszem, naładuje ona wszystkie baterie, ale będzie to robić sekwencyjnie, co zwielokrotnia czas całego procesu. Recenzenci zwracali uwagę na to, bardzo specyficzne ograniczenie, którego nie było w ładowarce do Sparka, wydanego przecież parę lat wcześniej. Dla mnie nie dyskredytuje to samego koptera, ale rozumiem, że jeśli będziemy chcieli szybko doładować pakiety, żeby kontynuować nagrywanie z powietrza, to w tym przypadku musimy się uzbroić w cierpliwość i parę wolnych godzin, nim wszystkie 3 baterie będą gotowe do ponownego użycia.

Aparatura

Kontroler, którym będziemy sterować Maviciem jest relatywnie ciężki i wcale nie tak mały. Sam kopter po złożeniu jest wręcz nieco mniejszy, niż sama aparatura. Jest ona wykonana z czarnego, matowego plastiku, który podobnie jak sam Mavic Mini, ma delikatną fakturę i widać po nim, że jest po prostu solidny. Musimy jednak zauważyć, że w stosunku do starszych, droższych braci, tutaj nie mamy wyświetlacza. Jedynym, co znajdziemy są 4 diody pokazujące stan naładowania aparatury.

Skrajnie, po obu stronach aparatury znajdują się gimbale, w które będziemy wkręcać manipulatory. Te ostatnie są demontowalne, aby nie uszkodzić ich w transporcie, ponieważ de facto byłyby jedynym wystającym elementem całej bryły.

Po lewej strony u góry mamy przycisk powrotu do domu (Return To Home), który pełni dwie funkcje. Krótkie przyciśnięcie zatrzyma kopter niezależnie od tego, jaki manewr wykonywał. Jest to przydatne, szczególnie, gdy Mavic właśnie wykonuje jeden z automatycznych, zaprogramowanych trybów – np. odlot w tył, ale z kamerą skierowaną na nas. W momencie, gdy uznamy, że na jego trasie przelotu znajduje się przeszkoda, możemy zatrzymać realizację manewru. Z kolei przytrzymanie przycisku powoduje przywołanie koptera na miejsce startu. Procedura jest taka, że najpierw kopter podniesie się na wcześniej ustawioną wysokość (konfigurowalna w aplikacji), a następnie odwróciwszy się w naszym kierunku, rozpocznie powrót. Gdy znajdzie się nad miejscem startu, zatrzyma się, a następnie powoli opadnie na ziemię. Pamiętajmy, że do 30m od nas kopter nie będzie wracał na miejsce startu, tylko po prostu zacznie lądować – przy takiej odległości producent uznał, że nie ma sensu przeprowadzać procedury powrotu. Inną rzeczą jest to, że kopter wraca „do domu” bardzo dynamicznie, ale wciąż nie aż tak szybko, jak przy pełnej prędkości w trybie Sport. To istotna informacja, ponieważ w przypadku silnego wiatru, lepiej próbować wracać na własną rękę, szczególnie gdy stwierdzimy, że dystans do nas się nie zmniejsza. Myślenie o tym, że Return To Home załatwi za nas całą robotę zgubiło już parę osób, których koptery po prostu nie wróciły.

Po prawej stronie mamy przycisk włączający aparaturę. Jeśli naciśniemy go krótko, 4 diody pośrodku kontrolera wyświetlą stan baterii. To szybki sposób na sprawdzenie, czy jest ona naładowana. Aby ją włączyć, stosujemy ten sam sposób, jak w przypadku koptera. Naciskamy krótko, a następnie przytrzymujemy, aby zarówno włączyć, jak i później wyłączyć aparaturę.

Na przedniej ściance, po lewej stronie znajduje się przycisk, który uruchamia tryb nagrywania wideo. Należy pamiętać o tym, że pierwsze naciśnięcie zmienia w aplikacji tryb na filmowanie, a dopiero drugie włącza właściwe rejestrowanie obrazu. Podobnie jest z trybem fotograficznym. Jeśli byliśmy w trybie nagrywania, to pierwsze wciśnięcie przestawi tryb na fotografowanie, a dopiero kolejne naciśnięcia będą robić zdjęcia. Warto o tym pamiętać, ponieważ w ferworze próby rejestrowania ciekawej sceny możemy nieopatrznie nie włączyć kamery.

Poniżej znajduje się kółko służące do sterowania pochyleniem gimbala, a więc i samej kamery. Byłem ciekaw tylko, jak ono działa. Pokrętło pracuje podobnie jak gimbal, co oznacza, że sprężynuje i wraca do środkowej pozycji. Im mocniej je obrócimy, tym szybciej kamera będzie się opuszczać lub podnosić. Prędkość jej pochylania i płynność z jaką to wykonuje możemy zmienić w aplikacji. Podobnie, jak z manipulatorami, którymi sterujemy, musimy wykazać się precyzją i delikatnością, aby osiągnąć przyjemny, płynny ruch, więc nie ma co liczyć na to, że za pierwszym razem uda nam się płynnie zapracować kamerą.

Na przedniej ściance, po prawej stronie znajduje się przycisk pozwalający robić zdjęcia. To tylko potwierdza, w jakim celu powstał Mavic Mini. Jak wszystkie modele od DJI jest on skoncentrowany na nagrywaniu i fotografowaniu z powietrza – latanie jest efektem ubocznym. Przycisk, jak napisałem wyżej, zmienia tryb na fotograficzny, jeśli byliśmy w tym związanym z filmowaniem, po czym pozwala utrwalić kadr z każdym naciśnięciem. Pamiętajmy, że sygnał musi dotrzeć do koptera, więc wyzwolenie migawki w przypadku, gdy nie mamy idealnego połączenia z kopterem (z uwagi na dystans, lub zakłócenia) może się opóźnić, lub w ogóle nie zadziałać. Aplikacja mignięciem ekranu sygnalizuje wykonanie zdjęcia, co ma przypominać efekt opadającego lustra w lustrzankach, gdy na moment nie widzimy przez wizjer obrazu, z uwagi na naświetlanie filmu lub matrycy. DJI zrobiło ukłon w stronę klasycznej fotografii i jest to bardzo czytelny sposób dania nam do zrozumienia, że kopter zarejestrował obraz.

U góry aparatura ma dwie anteny, które po złożeniu zahaczają o siebie, aby je zablokować. Tak złożona aparatura jest bardzo kompaktowa. Rozłożenie anten wymaga wyłącznie ich obrócenia. Z uwagi na to, że wiele tanich, zabawkowych (bądź co bądź) kopterów kopiuje aparaturę od Maviców, tutaj warto zauważyć pewną oczywistość – anteny faktycznie zostały tutaj wyprowadzone na zewnątrz. Jakkolwiek zabawnie może brzmieć taka konstatacja, wiele zabawek ma tylko plastikowe atrapy. Kupując jednak sprzęt za taką cenę nikt nie będzie się bawił w skracanie sobie drogi takimi drobiazgami.

Anteny odchylają się o paręnaście stopni od siebie. Obie jednak są skierowane ku górze, gdy trzymamy aparaturę poziomo. Tutaj ważna informacja dla mniej obeznanych w temacie. Mavic stosuje anteny dookólne (najprawdopodobniej dipolowe), których martwa strefa znajduje się wzdłuż jej osi. Oznacza to, że anteny powinny być skierowane prostopadle do koptera (przednią ściankę aparatury kierujemy w stronę modelu), aby zapewnić najlepszy zasięg. Początkujący uwielbiają celować ich końcówkami, zamiast płaską stroną (przyznaję, sam tak dawno temu robiłem), co daje efekt odwrotny od oczekiwanego.

Obie anteny możemy też ustawić w osi aparatury. Zakładam, że miałoby to sens, gdybyśmy zdecydowali się ją trzymać dokładnie pionowo. I nie wykluczam, że w pewnych warunkach (np. ostrym słońcu) miałoby to sens.

Od spodu znajduje się największy „bajer” całego rozwiązania. To dwa uchwyty, które otwiera się niczym kleszcze, aby pomiędzy nie zmieścić smartfon.

Przy składaniu aparatury warto przestrzegać kolejności, ponieważ ma ona znaczenie w samym przygotowaniu do lotu. Najpierw powinniśmy rozchylić uchwyty do smartfona.

Następnie należy wyjąć i wkręcić oba manipulatory. Warto zauważyć, że nie są one specjalnie długie, ale za to stawiają dość stały opór. Nie są one metalowe, wykonane z tego samego materiału, co reszta aparatury. Solidnie, ale nie bardzo czuję, czy było tu na czym oszczędzać. Z wierzchu zostały wykończone ząbkami, ale te nie są zbyt ostre. Można oprzeć o nie kciuki i da się nimi swobodnie sterować, ale płynne prowadzenie koptera może z początku nie być tak wygodne. Porównałem je z tymi z Taranisa X-Lite i są krótsze, chodzą z większym oporem, a sprężyny mocniej je centrują.

Z uwagi na powyższe widać, że Maviciem lepiej w sumie sterować poprzez chwytanie manipulatora obydwoma palcami (tzw. pinching). Producent zachęca nas do tego poprzez gąbkę, która otacza górną część drążka. Daje przyjemny, miękki chwyt i pozwala na większą precyzję. Dla osób, które jeszcze nie mają swojej preferencji, albo nie spędziły ostatniej dekady przy konsoli pewnie będzie to preferowany wybór. Mnie przestawić się trudno, ale zważywszy na to, że Mavic sam z siebie wisi bez ruchu w powietrzu – sposób sterowania ma mniejsze znaczenie. Warto jednak popracować nad płynną pracą manipulatorami, aby nagrywać w przyjemny dla oka, płynny sposób. Latamy w końcu podniebną kamerą i im delikatniej będziemy sterować, tym lepiej finalny obrazek będzie wyglądał. Tyczy się to szczególnie obrotu wokół osi pionowej (yaw), który może przełożyć się na nieprzyjemne szarpanie obrazu, jeśli nie wykonamy tego miarowo i spokojnie. Oko mamy na ogół przyzwyczajone do filmowego, bardzo płynnego prowadzenia kamery i to samo musimy przełożyć na lot Maviciem.

Wracamy do składania aparatury. Teraz możemy podłączyć przewód łączący aparaturę i smartfon. Gniazdo z lewej strony kontrolera pełni dwie funkcje. Z jednej strony służy do ładowania, z drugiej do komunikacji. Podobnie jak w kopterze, jest to microUSB o kwadratowym kształcie, który jednak nie przeszkadza, aby podłączyć do niego standardowy kabel do ładowania.

Przewód komunikacyjny jest bardzo krótki, wykalkulowany na smartfon wpięty w uchwyt, więc jeśli pokusimy się o podłączenie tabletu na dodatkowym uchwycie, to z pewnością będziemy potrzebowali innego kabla. Przewód z obu stron ma kątowe złącza. Dzięki temu z pewnością nie wyłamiemy go z żadnej strony. Przewód komunikacyjny ładnie daje się schować wewnątrz aparatury, gdy już ją złożymy, więc nie musimy go wpinać za każdym razem. Telefon dobrze jest podłączyć, nim zaciśniemy na nim ramiona uchwytu.

Uchwyty mają wewnątrz gumowe szczęki, które trzymają smartfon i zapobiegają jego wysunięciu się. Zarówno ich góra, jak i dół są giętkie i miękkie, więc nie porysują zarówno ekranu, jak i „plecków” telefonu. To dość istotne, bo coraz więcej modeli ma aluminium albo szkło z tyłu, a wiele smartfonów może nie wejść w silikonowym etui. Ja muszę zdejmować swoje z Xiaomi Mi 9, ponieważ w silikonowej otoczce jest za gruby, aby go swobodnie wcisnąć.

Aparatura nawet z dodatkowym obciążeniem jest nieźle wyważona i dobrze leży w rękach. Sterowanie jest wygodne, a podgląd na większych ekranach bardzo wygodny. W moim przypadku jest to lekko ponad 6 cali, co pozwala na swobodną zmianę opcji i dobrą jakość samego podglądu. „Łapki” trzymają telefon bardzo pewnie i w żadnym momencie nie obawiałem się, że wypadnie z uchwytu. Mimo wsparcia samych boków, fakt, że okalamy go dłońmi opartymi na aparaturze wystarczą, aby nie martwić się o jego spotkanie z ziemią.

Warto przy okazji zauważyć, że w przypadku przewodu Lightning do połączenia z iPhonem, w aplikacji można zdecydować, czy aparatura ma ładować telefon, czy też nie. Jeśli jednak posiadamy smartfon z Androidem, to tutaj nie będziemy mieli na to wpływu – aparatura będzie go ładować, czy tego chcemy, czy nie. Jest to dobra funkcja, o ile nie latamy zbyt dużo, a mamy gwarancję, że smartfon nie odmówi współpracy. Niestety pojemność baterii w aparaturze to 2600mAh, czyli tyle, ile mieści się w przeciętnym telefonie. Na pocieszenie dla użytkowników Androida, prąd ładowania to 500mA przy 5V, więc aparatura trochę wytrzyma. Tym niemniej, producent podaje, że nie popracuje ona nawet 2 godzin połączona z Androidem, zaś z iPhonem to już 4.5 godziny – spora różnica. Należy mieć to na uwadze polując na Fly More Combo z 3 bateriami do Mavica, ponieważ wtedy mówimy o dobrze ponad godzinie w powietrzu, czyli tyle, żeby aparatura nie zdażyła się w pełni rozładować.

Zdjęcia i filmy

Oczywiście najważniejszym elementem Mavica Mini jest to, jak jest w stanie rejestrować obraz. O kamerze wcześniej już pisałem, więc teraz pora przyjrzeć się materiałowi, który kopter faktycznie jest w stanie uchwycić. Umieszczam parę przykładowych zdjęć, które poddałem obróbce w programie graficznym. Mam o niej jakieś pojęcie, ale zdaję sobie sprawę, że w rękach profesjonalisty efekt może być piorunujący. Zdjęcia po obróbce prezentuję, abyście mogli zdać sobie sprawę, że większość zachwycających zdjęć z drona, które widzicie, są wynikiem bardzo drobiazgowej i sprawnej obróbki, a nie fenomenalnych właściwości kamery. Oczywiście szczegóły, które rejestruje mają duże znaczenie, ale surowe zdjęcia na ogół nie zachwycają.

Zdjęcie 1 – oryginał
Zdjęcie 1 – po obróbce
Zdjęcie 2 – oryginał
Zdjęcie 2 – po obróbce

Popracowałem też nad paroma nagraniami z powietrza i zestawiłem je ze sobą, abyście mogli porównać, jak wygląda materiał surowy i jak można go zmodyfikować. Po raz kolejny nie jest to edycja na światowym poziomie, ale i tak uważam, że efekt jest lepszy niż oryginał. Tym niemniej gusta są różne, więc potraktujmy to jako przykład tego, co można z materiałem zrobić, ale nie jako wzorzec 🙂

Czy warto go kupić?

Podstawowe pytanie, które zawsze sobie zadajemy, brzmi, czy faktycznie warto na niego wydać pieniądze. Ja zdecydowałem, że warto, stąd w ogóle ta recenzja. Oczywiście nie jestem najlepszym głosem, ponieważ to mój pierwszy sprzęt od DJI, ale długo rozważałem za i przeciw oraz porównywałem go z innymi modelami. Decydująca dla mnie była cena, bo ten model jest najtańszym sprzętem (nie licząc Tello), który oferuje DJI. Drugim powodem była jego waga. 249 gramów znajduje się poniżej limitu, który będzie wymagał rejestracji, nawet jeśli zmienią się przepisy. Ponadto jest on po prostu łatwy do przenoszenia, a jakość obrazka jest aż nadto wystarczająca w kontekście jego gabarytów. W stosunku do Sparka mamy tutaj też stabilizację gimbala w 3 osiach zamiast 2 oraz większą kompaktowość (składane ramiona) i lepszy czas lotu na baterii. Z kolei Mavic Air ma faktycznie lepsze parametry, ale nie jest już najświeższą konstrukcją, a ponadto waży prawie dwukrotnie tyle. No i cena jest sporo wyższa. Mavic Mini to inna półka, a dla kogoś, kto nie planuje zarabiać na nagraniach z powietrza może to być bardzo ważne kryterium.

Mavic Mini ma oczywiście swoje ograniczenia, które recenzenci podkreślają i żałują, że nie ma tego, czy tamtego. Moim jednak zdaniem jest to kopter przeznaczony dla określonego kręgu zainteresowanych, zaś wymagania są rozdmuchane w stosunku do potrzeb. Oczywiście tutaj prezentuję już własny punkt widzenia i opinię, ale stawiam to, jako temat do refleksji i zastanowienia, czy faktycznie potrzebne jest Wam coś lepszego, niż Mini jest w stanie zaoferować. Przejdźmy do tych wątpliwości.

Słaby zasięg

Tutaj jest to akurat całkiem trafny punkt. Model sprzedawany w Unii Europejskiej pracuje, co prawda, w dwóch zakresach częstotliwości – 2.4GHz oraz 5.8GHz, ale w obu maksymalna moc nadawcza jest dość mocno ograniczona do odpowiednio 80mW i 25mW. Niestety jest to mało i o ile na otwartej przestrzeni poza miastem można polecieć na kilometr, a nawet dwa, o tyle w mieście mówimy tutaj o problemach na poziomie setek metrów od operatora, co oczywiście wciąż jest silnie uwarunkowane zewnętrznymi czynnikami. A więc tak, kupując Mavica Mini należy niestety latać nim ostrożnie i poustawiać wszystkie parametry związane z powrotem do domu (w tym pułap, na którym będzie leciał), aby nie rozczarować się gorzko, gdy ten uderzy w przeszkodę i skończy na jakimś dachu albo drzewie. Ja kupiłem go znając te ograniczenia i po prostu stosuję zasadę ograniczonego zaufania nie wypuszczając go bezrefleksyjnie na dużą odległość, nim nie zorientuję się, jak stabilny jest sygnał sterujący.

Brak 4k i RAWów

Ten zarzut zdaje mi się nieco przesadzony zważywszy na grupę docelową. Fotografowie i ci, którzy pragną wycisnąć ze zdjęcia siódme soki, być może faktycznie zrobiliby użytek z surowego formatu zdjęcia. Zdecydowana większość jednak będzie w stanie obrabiać JPGi wysokiej rozdzielczości i naprawdę osiągnąć zadowalający efekt. Zauważmy, że cały Mavic Mini kosztuje tyle co nowe GoPro albo tani bezlusterkowiec, więc jak na latającą platformę i tak dostajemy bardzo przyzwoity sprzęt. Z wideo historia jest podobna. W dużej mierze Mavic Mini będzie używany na wakacjach, w trakcie rodzinnych wyjazdów i w większości przez osoby, które nie mają na codzień z filmowaniem wiele do czynienia. Moim skromnym zdaniem tak, jak RAW i lustrzanka nie czyni fotografem, tak 4k nie czyni filmowcem. Uważam, że kamera 2.7k w rękach kogoś, kto potrafi uchwycić ciekawe kadry, zdziała dużo więcej, niż 4k w rękach amatora, który rejestruje fragment portu w Chorwacji z wysokości 50 metrów podczas tygodniowych wakacji. Ponadto obróbka materiału w 4k wymaga bardzo solidnej mocy obliczeniowej, zaś często nagrania konsumujemy na urządzeniach, które natywnie obsługują jedynie FullHD lub nieco wyższą rozdzielczość, co powoduje, że jeszcze przez pewien czas nie będzie to niezbędne wymaganie odnośnie wszystkich kamer.

Brak czujników z przodu, z tyłu i boku

Nie filmowałem do tychczas nic trudnego, co wymagałoby skomplikowanego nalotu, poruszania się tyłem itd., więc nie mogę się wypowiadać o skuteczności czujników, pomijając już to, że Mini ich po prostu nie posiada. Tym niemniej zdaję sobie sprawę z ich niedoskonałości i ograniczeń, które zdają się dla niektórych zupełnie nie istnieć. Moim skromnym zdaniem wiele skarg na to, że „czujniki nie wykryły gałęzi”, albo „czujniki nie zatrzymały w porę koptera” to tłumaczenie właśnie kogoś, kto ma przekonanie, że automatyka zrobi wszystko za niego. Wierzę w to, że wiele sprytnych funkcji kopterów jest w stanie bardzo ułatwić latanie i uczynić je bezpieczniejszym, ale to ostatecznie człowiek prowadzi sprzęt. Po pierwsze warto pomyśleć o obserwatorze, który będzie naszą drugą parą oczu podczas lotu. A nawet jeśli go nie mamy, to zawsze warto rozeznać okolicę i zobaczyć, gdzie potencjalnie nie powinniśmy się zbliżać. Same czujniki przyrównuję do ABS, kontroli trakcji, czy nawet inteligentnego hamowania i trzymanie się pasa ruchu przez współczesne samochody. Owszem, to pomaga, ale nie ukrywajmy, że za wszystko odpowiada człowiek. Tak samo, jak w trakcie lotu. I nic nas nie zwalnia od odpowiedzialności. No i skończmy tym, że Mini jest po prostu tani i lekki, więc nic dziwnego, że nie ma po prostu „bajerów” z większych, droższych kopterów.

Gdzie go kupić?

Ja swój sprzęt nabyłem w sklepie MegaDron.pl, a dużym atutem było to, że mogłem go odebrać na miejscu. Zamawiając go tam, macie możliwość uzyskania zniżki 5% dla czytelników bloga (na cały asortyment), która sumuje się z innymi rabatami.

Zobacz Mavica Mini w MegaDron.pl

Kliknij, aby aktywować 5% zniżki na kod: 4SMIGLA

Słowo na koniec

Mavic Mini jest w moim odczuciu niezwykle udaną konstrukcją i jeśli szukacie fajnego, lekkiego sprzętu do nagrywania z powietrza to będziecie zadowoleni. Oczywiście to dobry towarzysz wakacyjnych wyjazdów, a nie sprzęt do użytku komercyjnego i dlatego też jest obliczony na ograniczone uszczuplenie domowego budżetu. Jeśli oczywiście nie zgadzacie się z argumentami, które wrzuciłem parę akapitów wcześniej to może lepszym wyborem będzie dla Was Hubsan Zino (tańszy), albo Mavic Air, czy Parrot Anafi, jeśli macie trochę większy budżet. Tym niemniej w tej kategorii cenowej uważam, że Mavic Mini jest naprawdę ciekawą i porządną propozycją.

Udanych lotów!

P.S. W tej recenzji nie opisywałem aplikacji DJI Fly i jej możliwości. Częściowo będę to uzupełniał w wideorecenzji, ale jeśli się okaże, że jesteście tym zainteresowani to jeszcze wrócimy do moich kolejnych wrażeń, gdy trochę więcej polatam i przy okazji opowiem o tym, co pominąłem tutaj.

%d bloggers like this: