Recenzja – Emax Interceptor

EMax, który kojarzy mi się z ciekawymi i nietuzinkowymi kopterami oraz częściami do nich, spróbował swoich sił w innym segmencie rynku i stworzył auto zdalnie sterowane, do którego włożył jedną ze swoich kamer FPV wraz z nadajnikiem. Recenzenci wprost rozpływają się w opiniach, jaka to świetna zabawa i nowatorski pomysł. Swego czasu testowaliśmy jeżdżenie autem RC do driftu, do którego przyczepiliśmy Tinywhoopa – efekt był podobny. Okazało się, że jazda bokiem z podglądem z kamery nie daje wielkiej frajdy i jest raczej ciekawostką. Tym niemniej, skoro wszyscy są zachwyceni produktem Emaxa, to pora go sprawdzić!

Samochód do driftu sprzedałem pewien czas temu, gdy okazało się, że jego eksploatacja będzie wymagała części zamiennych, sporo wiedzy o budowie zawieszenia i napędu oraz z grubsza drugiego warsztatu. Na to nie miałem ani pieniędzy, ani czasu, ani miejsca. No trudno – koptery i tak są kosztowne, a tutaj przynajmniej mam zaplecze. W przypadku samochodu wszystkie części kupowałbym od zera i nie miałem pojęcia, co tak naprawdę będę potrzebował. Produkt od Emaxa jest dużo prostszą konstrukcją, a cena oscylująca w granicach 55 dolarów (o ile macie gogle!) jest akceptowalna, aby przekonać się, czy zapewni on wystarczająco frajdy, aby uzasadnić wydatek. Ucieszyłem się więc, gdy pudełko z pojazdem i aparaturą wreszcie dotarło.

Emax wszystkie swoje mniejsze koptery przesyła w etui. Tutaj otrzymałem karton z wypełnieniem z pianki. Na wierzchu czekał sam pojazd. Z wierzchu również był przykryty cienką warstwą materiału, więc pod kątem transportu był dobrze zabezpieczony. Karton lekko obity, ale zawartość w perfekcyjnym stanie.

W pudełku znajduje się też oczywiście aparatura. W odróżnieniu od pojazdu jest dodatkowo zapakowana w folię. Zapewne gdzieś tam w pudełku znalazłbym też gogle FPV, ale z uwagi na to, że posiadam już takowe, zamówiłem tańszy zestaw, bez nich. Z uwagi na to niestety nie będą one częścią recenzji, jeżeli ktoś tego oczekiwał.

W środku znajdziemy także instrukcję, która całkiem sensownie wyjaśnia wszelkie elementy związane z pojazdem. Nie powiem – okazała się przydatna, gdy nie mogłem ustalić, gdzie podłączyć ładowarkę do samochodu. Okazało się, że trzeba zdjąć wierzchnią karoserię – wychodzi brak doświadczenia z takimi pojazdami. W komplecie jest też oczywiście kabel USB-microUSB potrzebny, aby naładować samochód. Zaletą jest to, że nie musimy wyjmować baterii, natomiast wciąż musimy mieć ładowarkę, albo komputer z wolnym gniazdem, choć wierzę, że dziś nie jest to duży problem. Myślę, że czas ładowania nie ulegnie zmianie z uwagi na to, że pakiet zasilający ma tylko 300mAh, więc i prąd nie powinien przekraczać 300mA, a tyle jest w stanie dostarczyć dowolny w zasadzie port USB, nawet w laptopie, czy komputerze. W woreczku znajduje się miniaturowy śrubokręt i śrubka, która jest zapasową, gdybyśmy zgubili tą trzymającą klapkę baterii. Odnośnie dołączonego narzędzia – jest to jedno z najbardziej nieprzydatnych, jakie dotychczas znalazłem w produktach tego typu. Rzecz w tym, że śrubka, która trzyma klapkę była w moim modelu wkręcona naprawdę mocno, zaś śrubokręt jest na tyle mały i śliski, że nie udało mi się nim jej odkręcić. Ostatecznie użyłem innego śrubokręta, ale tak na dobrą sprawę było w takim razie w ogóle go nie dołączać, bo prędzej bym zniszczył łepek, niż cokolwiek odkręcił. No chyba, że macie naprawdę goryli chwyt i mimo wszystko dacie radę. Cóż, po Emaxie spodziewałem się czegoś odrobinę lepszego.

Budowa

Model, który kupiłem jest wynikiem jakiejś niezrozumiałej dla mnie współpracy Eachine i Emaxa i tylko w tym wariancie występuje w kolorze niebieskim. Model od tego drugiego ma czerwoną karoserię, ale ponadto niczym nie powinien się różnić. Odkładając na bok kwestię barw, auto prezentuje się naprawdę dobrze. Dynamiczna linia i spoiler z tyłu przypominają sprawiają, że pojazd wygląda, jak do drag racingu. Z przodu pojazd ma zderzak, który chroni resztę elektroniki w środku. Sprawdza się dobrze. Co prawda nieco się kołysze góra-dół, ale jak się zdaje – miało to być celowe. Samochód nie jeździ na tyle szybko, aby dało się go połamać.

Na plastikowych felgach osadzone zostały opony wykonane z bardzo twardej gumy. Bieżnik zdaje się pełnić funkcję wyłącznie ozdobną. Co prawda samochod nie ślizga się na takich powierzchniach, jak panele, ale też przyczepność przy większych prędkościach staje się dość dyskusyjna. Dużym plusem jest natomiast zastosowanie serwa, które steruje skrętem kół. W modelu za niewiele ponad 55 dolarów (~200 zł) to bardzo pozytywne zaskoczenie. Dla nieznających tematu – serwomechanizm odpowiada za płynne i precyzyjne skręcanie kół. W prostych modelach jest to silnik, albo elektromagnes, który blokuje je w jednej, skrajnej pozycji. Tutaj możemy precyzyjnie ustalić promień skrętu i zarówno wchodzić w łagodne łuki, jak i zaciesniać mocno zawracanie. Należy tutaj zauważyć, że skręt nie jest przesadnie duży i czasem manewrowanie w ciasnych miejscach robi się kłopotliwe, co jest tylko spotęgowane nieco nadmierną długością samochodu.

Oczywiście w tak tanim samochodzie nie możemy mówić o prawdziwym zawieszeniu. Kompensuje on sobie niedoskonałości niewielką wagą i plastikowymi elementami, które wykazują nieco elastyczności. Wahacz jest więc jednoczęściowy, a koło trzyma się na półośce trzymanej przez malutki sworzeń. Ten ostatni ma nieco luzu, więc przednie koło nieco „lata”. Do każdego z kół idzie przegub, który jest połączony z centralnie umieszczonym serwem.

Karoseria, jak to zwykle w samochodach RC, wykonana jest z poliwęglanu, który osadzony został na 3 kołkach – dwóch z boku i jednym z przodu. Przy jej demontażu dobrze jest uważać na to, aby nie ułamać wystających elementów, ponieważ tylko na nich się ona trzyma.

Z tyłu schowany jest silnik szczotkowy, który napędza tylne koła – typ 0820, czyli 8mm grubości i 2cm długości. Jest on ułożony poziomo, a po prawej stronie znajduje się przekładnia z większym kołem zębatym, które zmniejsza obroty samych kół. Wspominam o tym też dalej, ale trochę szkoda, że producent nie połasił się na zastosowanie jednostki bezszczotkowej – trwalszej i mającej większą moc i moment obrotowy.

Tylny wózek jest amortyzowany. Oczywiście jest to bardzo proste rozwiązanie oparte o dwie sprężyny, ale wystarczy, aby utrzymać tylne koła na ziemi i tym samym zapewnić przyczepność. Faktycznie samochodem da się wjechać na dywan z krótkim włosem i przy odrobinie szczęścia nie „powiesić się” na listwach łączących podłogi w mieszkaniu.

Pod spodem samochód jest w zasadzie zupełnie gładki. Dość dużo miejsca przeznaczono na baterię. Pod plastikową klapką, którą trzyma śrubka znajduje się koszyczek o długości połowy samochodu. W środku, co zaskakujące znajduje się ogniwo 1S o pojemności 300mAh. Wystarcza on na x minut zabawy i jedynie szkoda, że tak naprawdę nie wiemy do końca, kiedy pakiet jest na wyczerpaniu. W kopterach z baterii wyciąga się większy prąd, więc spadek mocy jest bardziej zauważalny. W samochodach obciążenie jest mniejsze i łatwiej przeoczyć moment, w którym bateria spada poniżej 3V i nie jest w stanie już rozpędzić pojazdu, a w niej samej pojawiają się nieodwracalne uszkodzenia.

Producent mógł w sumie pokusić się o włożenie tej samej baterii, co w TinyHawkach, czyli 450mAh i szkoda, że tego nie zrobił, tym bardziej, że w tak drobnym autku naładowanie pakietu do 4.35V (HV) dałoby dodatkowych parę obrotów więcej. Tym niemniej samochodowi, który i tak nie rozwija nadmiernych prędkości na pewno to by nie zaszkodziło. Tym bardziej, że akurat w przypadku pojazdu od Eachine / Emaxa – większym problemem jest nie tyle przeładowanie baterii, ile rozładowanie do 0, o co naprawdę nietrudno. Szkoda, że Emax nie użył kamery z OSD, która prezentowałaby bieżące napięcie. Wiem, że większość użytkowników i tak jeździłaby póki jest obraz i samochód kręci kołami, ale przynajmniej nie dałoby się winić producenta, że zaniedbał tą kwestię. Niestety, żadnej informacji o słabej baterii nie dostaniemy, a zważywszy na to, że pojazd ciągnię dużo mniejszy prąd, niż przeciętny kopter – łatwiej jest ją rozładować poniżej 3V, co oczywiście jest dla niej bardzo szkodliwe.

Wracając jednak do samego pakietu – jeśli gdzieś w domu mamy baterię 1S 450mAh ze złączem PH 2.0 to śmiało możemy ją włożyć. Producent najprawdopodobniej przewidział tę opcję, ponieważ pakiet od TinyHawka wchodzi idealnie, zaś oryginalne ogniwo ma spory zapas przestrzeni, więc niewykluczone, że było to w zamyśle producenta.

Ok, to dość ciekawa sprawa. Okazuje się, że do Interceptora nie dostaniemy w ogóle oryginalnej baterii 300mAh, a od razu 450. Bardzo fajnie, że Emax przynajmniej we wszystkich swoich małych modelach, czyli TinyHawkach (I , II, S, Freestyle) i Interceptorze trzyma się jednego i tego samego pakietu. Z drugiej strony zastanawiam się, czy wiele zaoszczędzono na tej baterii 300mAh, skoro fabrycznie jednak ją włożono, a nie pakiet 450mAh. Jedynym wytłumaczeniem jest dla mnie to, że ta większa bateria ma też wyższe „C”, czyli można z niej, przynajmniej w teorii, wyciągnąć większy prąd. To oczywiście podnosi cenę, a zważywszy na to, że samochód nie ma w tym względzie dużych wymagań, prawdopodobnie pozwoliło obniżyć to cenę. A szkoda, bo od Emaxa spodziewałem się jednak solidniejszego podejścia.

Oczywiście rynkowym przebojem ma pozostawać kamera FPV zamontowana w aucie. Od góry przykrywa ją „daszek”, który dość słusznie chroni przed uszkodzeniem obiektywu i mocowania.

Sama kamera ma deklarowane 600 linii poziomych (600TVL) i ma szeroki kąt widzenia. To ważne, gdyż w przeciwnym razie manewrowanie pojazdem byłoby naprawdę trudne. Oczywiście wpływa to na beczułkowate zniekształcenie obrazu, ale podgląd FPV ma nam służyć do nawigacji, a nie podziwiania widoków. Oczywiście niektórzy zwyczajowo już narzekają na Emaxowe kamery, ale ja w zasadzie nie mam zastrzeżeń. Ok, po ciemku faktycznie niewiele widać, ale w normalnie oświetlonych pomieszczeniach przeszkody i to, co nas interesuje jest widoczne. Zapewne możnaby włożyć jakąś droższą kamerę od Runcama, czy Caddxa, ale wydaje mi się, że nie ma tak drastycznej różnicy, aby było to konieczne. Samochodem swobodnie da się manewrować i zważywszy na to, że tutaj nie musimy widzieć drobnych gałązek, aby w nie nie wpaść – moim zdaniem jest ok.

Antena nadajnika jest schowana pod karoserią. Jest to zwykła antena dipolowa typu bacik, co jest najtańsze, ale wystarczająco skuteczne. Sam nadajnik ma maksymalną moc 25mW, co oznacza, że Interceptorem pojeździmy w zasięgu wzroku, chyba że mamy dobry odbiornik typu RapidFire, którego czułość wyciągnie z tej niewielkiej mocy dużo większy dystans, w jakim obraz będzie widoczny. Pamiętajmy, że dołączone do zestawu gogle to dość podstawowy zestaw, więc też będzie on limitował nasz dystans sterowania. Nadajnik obsługuje 37 kanałów, co z grubsza sprowadza się do tego, że niezależnie od tego, jakie gogle i odbiornik zastosoujemy – i tak możemy swobodnie nastroić się na którąś z częstotliwości.

Dobra, przyznam się, że nie rozbierałem na części Interceptora. Mniej więcej wiem, czego się spodziewać w środku, a zagwarantowanie, że potraktowane smarem koła zębate od napędu, albo mikroserwo ulegną zabrudzeniu / uszkodzeniu przy demontażu nieco mnie zniechęca. Nie spodziewam się, że Emax planuje jakiekolwiek części zamienne do tego pojazdu, a przynajmniej na razie ich nie ma, więc zajrzymy tylko pod karoserię.

W centralnej części samochodu znajduje się gniazdo microUSB do ładowania baterii. Trochę szkoda, że trzeba za każdym razem zdejmować karoserię, aby się do niego dostać. Zakładam, że producent nie chciał, aby w środek dostały się jakieś zabrudzenia lub woda, ale jest to nieco uciążliwe. Z kolei szybka wymiana baterii wymaga odkręcenia śruby trzymającej klapkę, więc też wymaga to trochę zabawy.

Nieco wyżej znajduje się wycięcie, w którym umieszczono przycisk do zmiany kanałów nadajnika FPV. No cóż, to nie kopter, w którym jest SmartAudio. Tutaj zmianę musimy przeprowadzić ręcznie. Procedura jest nieco zawikłana, ale da się ją opanować z użyciem instrukcji i odrobiną cierpliwości.

Zacznijmy od rzeczy najprostszej, czyli odblokowania wszystkich kanałów. W tym celu przytrzymujemy przycisk zmiany kanału i wtedy włączamy pojazd (z cały czas wciśniętym przyciskiem). Diody powinny się świecić po włączeniu, co będzie oznaczać, że mamy już pełen zakres częstotliwości.

W drugim rzucie musimy ustawić pasmo (band) oraz kanał (channel). Niebieska dioda sygnalizuje pasmo, podczas gdy zielona – wybrany kanał. Po włączeniu pojazdu, przytrzymajmy przycisk zmiany kanału przez ok. 5 sekund. Powinna świecić w sposób ciągły niebieska dioda. Pojedynczym naciśnięciem przycisku możemy przeskakiwać pomiędzy zmianą pasma, a kanału. Dioda niebieska (pasmo), albo zielona (kanał) będą świecić w sposób ciągły. Aby zmienić daną opcję – musimy przytrzymać przycisk przez 2 sekundy. Dioda danego koloru zacznie migać tyle razy, ile jest przypisane do danego kanału lub pasma. Kanałów zawsze jest 8, więc w ich przypadku sprawa jest dość oczywista, natomiast odnośnie pasm liczba mignięć (od 1 do 5) to odpowiednio: A (Boscam), B (Boscam), E, F (FatShark), R (RaceBand). Naciskając przycisk zmieniamy daną opcję. Dioda będzie migać ileś razy (zależnie od wybranej wartości), po czym nastąpi krótka przerwa i znów. Zapisanie opcji to przytrzymanie przycisku przez 2 sekundy. Wyjście z ustawień to przytrzymanie przycisku przez 5 sekund. Aby sprawdzić aktualnie wybrane pasmo i kanał naciskamy przycisk krótko. Najpierw zamiga zielona dioda wskazując pasmo, potem niebieska określając kanał.

Aparatura

Nie wszyscy jeżdżą autami zdalnie sterowanymi, więc powiem tylko, że aparatura jest typu pistoletowego. Trzymamy ją za uchwyt jedną ręką, mając pod spustem gaz, zaś drugą dłoń kładziemy na kółku znajdującym się na jej prawej stronie. Obracając nim skręcamy koła pojazdu. Dla niektórych problemem jest to, że koło położone jest wzdłuż, a nie w poprzek i mylą im się kierunki, ale jest to chwilowe i można się do tego przyzwyczaić.

Producent nie zdecydował się na dedykowany akumulator do aparatury i w rezultacie musimy do niej włożyć 3 baterie AA, aby rozpocząć zabawę. Klapkę po prostu się zsuwa – nie ma dodatkowej śrubki, która ją trzyma. Z uwagi na to, że nie ma ona luzów – nie widzę potrzeby, aby potrzebne było dodatkowe mocowanie. Dużą zaletą aparatur samochodowych jest to, że baterie znajdują się na dole, w rezultacie dobrze wyważając kontroler oraz dodatkowo pozwalając go stabilnie postawić w pozycji pionowej.

Jak przystało na aparaturę pistoletową, gazu dodajemy poprzez naciskanie spustu. Działa on w dwóch kierunkach, a więc możemy też łatwo wycofać. Gaz chodzi zupełnie płynnie i ma całkiem długi skok, szczególnie przy jeździe w przód. Samochód również płynnie reaguje na przyspieszanie i możemy w kontrolowany sposób zarówno jechać bardzo wolno, jak i utrzymać większą prędkość. Pamiętajmy tylko, że silnik szczotkowy rozpędza samochód nie tak szybko, jak moglibyśmy tego chcieć, więc maksymalne wciśnięcie spustu nie zerwie momentalnie przyczepności – na to nie liczcie. Bardzo dobrze działa też hamowanie oraz wsteczny. Obie te rzeczy uzyskujemy poprzez popchnięcie spustu w tył – tak jest we wszystkich aparaturach do samochodów. Wsteczny pozwala nam szybko odjechać od przeszkody, o którą się obiliśmy. Oczywiście tempo jazdy na wstecznym jest sporo wolniejsze, ale to akurat też dość normalne.

Skręcamy przy pomocy koła osadzonego z boku aparatury. Jest to również typowe rozwiązanie, choć nieco boli fakt, że nie zostało ono pokryte ani gumą, ani gąbką, które pozwoliłyby na przyjemniejszy w dotyku chwyt. Większym chyba jednak problemem jest to, że maksymalny obrót jaki możemy wykonać, to 45 stopni w każdą stronę. To prawda, że nie każdy ma nadgarstki z gumy, ale wyraźnie czuć, że dałoby się uzyskać większą precyzję sterowania, gdyby koło pracowało w szerszym zakresie. Łatwiej też wchodziłoby się w łagodne łuki. Tym niemniej można się przyzwyczaić do takiego sterowania i przy odrobinie wprawy nie sprawia to wielkiej trudności. Delikatność jest szczególnie wskazana w przypadku większych prędkości, gdzie może nas wyrzucić przy każdym mocniejszym skręcie. Dopóki jednak kręcimy ostrożnie – jest naprawdę ok.

Aparatura nie pozwala w zasadzie nic ustawić. Z prawej strony mamy suwany włącznik i diodę sygnalizującą, że kontroler pracuje. Na szczęście znalazło się też miejsce na trym w postaci pokrętła. Pracuje ono z lekkim oporem, ale nie klika w pozycji centralnej (trudno mieć pewność, że jesteśmy pośrodku) no i nie ma żadnej blokady, więc możemy omyłkowo przestawić trym mimochodem. Z drugiej strony korygowanie toru jazdy zajmuje sekundę, bo wystarczy popatrzeć, czy samochód w którąś stronę znosi i tylko skorygować to pokrętłem. Nie jest to ani trudne, ani czasochłonne. Oczywiście w tak małym samochodzie i luzach w przednim zawieszeniu nie uzyskamy idealnego toru jazdy, bo koła i tak będą nieco skakać na wybojach, więc trymujemy „o tyle, o ile”. Otworek obok logo CE pozwala wprowadzić aparaturę w tryb bindowania, o ile byłoby to potrzebne. Fabrycznie oba urządzenia są już skojarzone, ale gdyby z jakiegoś powodu zaszła konieczność ponownego parowania – jest to możliwe.

Z drugiej strony znajdziemy wyłącznie naklejki. Dużo naklejek, bo zarówno u góry, jak i u dołu. Na wypadek, gdybyśmy zapomnieli, kto jest producentem. Plastik aparatury oczywiście nie rzuca na kolana – jest raczej tani i nie budzi zbyt wiele zaufania. No ale w dłoni się nie rozpada, więc w tej cenie można to wybaczyć. W sumie o tyle dobrze, że producent skupił się na aucie i jego wyposażeniu, a zaoszczędził na aparaturze, niż miałby zrobić odwrotnie.

Wrażenia z jazdy

Oczywiście najważniejszym punktem jest samo uruchomienie pojazdu i sprawdzenie, jak się nim lata (tfu, jeździ!). Oczywiście zmiana perspektywy jest bardzo interesująca i oglądanie rzeczywistości oczami lilipuciego samochodu samo w sobie już dostarcza ciekawych wrażeń. Szczególnie przejazd pod prawdziwym samochodem i szybka ocena stanu podwozia 😉

Drony mają tą specyfikę, że nawet najtańsze modele latają dokładnie w tych samych płaszczyznach, co drogie modele. Może nie mają tyle mocy, albo trybu acro, ale zabawką za 50 zł można latać po domu i ćwiczyć umiejętności niegorzej, niż modelem 5″ za 1000 zł. Sterowanie będzie takie samo. W przypadku samochodów sytuacja się nieco komplikuje. Bolączką naprawdę tanich modeli jest brak płynnego skręcania gwarantowanego przez serwomechanizm. Wiele aut znudzi się dorosłemu dość szybko z uwagi na to, że nie da się precyzyjnie kontrolować kierunku ruchu. O oczko wyżej są pojazdy, które mają serwo, a więc można decydować o sile skrętu kół, co bardzo mocno zwiększa frajdę z jazdy, bo wymaga większych umiejętności i można takim pojazdem więcej zrobić. Następną rzeczą jest już moc i przyczepność. Auto, które wypada na każdym łuku tylko frustruje, więc porządne koła i zawieszenie są gwarantem dobrej zabawy. Do tego należy dołożyć silnik o przyzwoitej mocy, który rozpędzi nasz model dając uczucie prędkości, w swojej, odpowiednio mniejszej skali oczywiście.

Emax Interceptor nie rozczarowuje w pierwszym kontakcie. Serwo odpowiedzialne za skręt kół działa przyzwoicie i utrzymuje kierunek ruchu, nawet przy większej prędkości. W bardzo tanich modelach silnik albo serwo nie są w stanie utrzymać skręconych kół przy większej prędkości, co mocno wpływa na nieprzewidywalność toru jazdy, mimo świadomego sterowania autem. Interceptor potrafi jechać z dużą prędkością po niewielkim łuku i w miarę się go trzyma. Tutaj więc zdecydowanie na plus.

Trochę gorzej zaczyna wypadać zabawa, kiedy popatrzymy na prędkóść modelu i samą przyczepność. Emax Interceptor napędza silnik szczotkowy, co w cenie 55 dolarów nie powinno mocno dziwić. Tym niemniej masa samochodu w kontekście mocy już nie rzuca na kolana i wyraźnie czuć, że autko czułoby się dużo lepiej z bezszczotkową jednostką, która pozwoliłaby osiągnąć wyższą prędkość. Samochód owszem jeździ, nawet w miarę dynamicznie, ale po aucie z serwem spodziewałem się jednak tych 20% więcej. Czegoś, co sprawiłoby, że czuć, iż auto faktycznie śmiga. Tutaj jedzie, jedzie, ale wyraźnie chciałoby się przy tych gabarytach osiągnąć coś więcej. Widać także, że przyspieszanie jest ograniczone przez szczotkowy silnik. Być może większy moment silnika bezszczotkowego doprowadziłby do zerwania przyczepności, więc jeśli faktycznie tak by było to ok – może tyle wystarczy.

Wracając do prędkości maksymalnej – to trochę jak z gokartem, w którym czujemy już odcięcie zapłonu przy maksymalnie wciśniętym pedale gazu, a czujemy, że chciałoby się jeszcze trochę szybciej. Tutaj jest tak samo. Jest dobrze, ale nie ma tego efektu „wow”, który sprawiłby, że to auto daje taką dużą frajdę. A szkoda, bo serwomechanizm skręcający koła stawia go już o półkę wyżej ponad zabawkami za nieco mniejsze pieniądze.

No i dochodzimy wreszcie do przyczepności. Ja celowo testowałem pojazd na gładkim parkingu podziemnym. Wiem, że na dywanie jazda jest zupełnie inna, ale tak małe koła i prześwit sprawiają, że wykładzina to maksimum, po czym pojazd będzie się poruszał. I to jest ok. Szkoda tylko, że opony są wykonane z twardej, nieznacznie tylko bieżnikowanej gumy. Przy większych prędkościach auto momentalnie obraca przy ostrzejszym skręcie, a niewielka moc silnika nie pozwala poprowadzić go w półpoślizgu – natychmiast się zatrzymuje. I tutaj właśnie czuję kolejny niedosyt. Ja rozumiem, że nie jest to pojazd do driftu, ale nie poskaczemy nim po rampach (nawet niskich), bo jest za długi i za ciężki, aby silnik był w stanie go sensownie rozpędzić. Ponadto przód w zasadzie nie ma amortyzacji, więc nie polecałbym takich atrakcji. Do poślizgu brakuje mocy. No więc zostaje rozpędzanie pojazdu na prostych, tyle że wtedy na łukach łatwo się wypada. Szczerze powiedziawszy po 10 minutach jazdy stwierdziłem, że w zasadzie już zobaczyłem parking z innej perspektywy, parę razy poslalomowałem pod samochodami, stojakami, rowerami i tyle. Więcej atrakcji nie będzie.

Tym niemniej…

Po dość gorzkim opisie można wnioskować, że auto nie jest warte zainteresowania. I tutaj Was zaskoczę. Jest!

To, co wcześniej, to wrażenia z jazdy na dużej powierzchni – parkingu podziemnym. Postanowiłem dać pojazdowi jeszcze szansę w mieszkaniu i okazało się, że jest to dużo większa frajda z uwagi na większą liczbę przeszkód i konieczność precyzyjniejszego sterowania. Na niewielkim metrażu nie ma też gdzie się tak naprawdę rozpędzić, wobec czego odpada problem ze zbyt wolną jazdą. Wtedy też bardziej docenia się wspomniane serwo, które pozwala faktycznie sprawdzić się w precyzyjnym omijaniu nóg od krzeseł, butelek z wodą mineralną, czy dziecięcych zabawek – a co!

A jak już jesteśmy przy dzieciach – byłem ciekaw, jak ocenią to najmłodsi i tutaj zaskoczenia nie było. Maluchy 3 i 5 lat (w przybliżeniu) były bardzo zaintrygowane i sterowanie pojazdem sprawiło im sporo radości. Gogle były niezłą atrakcją, ale najwyraźniej robią mniejsze wrażenie, niż na dorosłych, bo manewrowanie samochodem bez podglądu z kamery również okazało się dobrą rozrywką. O ile kupno koptera jest obarczone ryzykiem uszkodzeń w mieszkaniu i wylanych łez, gdy zawiesimy coś większego na drzewie, o tyle auto jest całkiem bezpiecznym wyborem. Lekka karoseria nie poobija mebli, a w mieszkaniu, czy domu jest aż nadto zakamarków, których odkrywanie sprawi młodemu człowiekowi wiele frajdy.

Nawet, jeśli odbiorcą nie będzie dziecko, a dorosły, to możliwość odkrywania miejsc z perspektywy kierowcy małego pojazdu będzie aż nadto satysfakcjonująca – nie ważne w jakim wieku. A nawet, sama jazda samochodem bez użycia gogli i kamery też daje frajdę. I tak, jak wspominałem wcześniej – jest to wynik serwa, które daje nam bardzo płynną kontrolę skrętu. Nie ma oczywiście problemu z nabyciem wielu pojazdów, ponieważ każdy z nich pracuje na 2.4GHz i jest sparowany z inną aparaturą. W dwie i więcej osób można się nawet „pościgać” po domu, choć tutaj pewnie skończy się na destruction derby bardziej, niż zaliczaniu kolejnych bramek.

Podsumowanie

Jeżeli więc szukacie odmiany od latania kopterem, albo w ogóle wchodzicie w świat FPV i interesuje Was oglądanie świata przez pierwszoosobową kamerę – stanowczo warto rozwazyć Interceptora. Jest dużo łatwiejszy w prowadzeniu niż każdy kopter, który nabędziecie, a rzeczywistość z mysiej perspektywy wygląda naprawdę ciekawie. Frajdę sprawi w szczególności manewrowanie w ciasnej przestrzeni i omijanie przeszkód. Jest to dużo fajniejsza zabawa, gdy samochód (tak jak Interceptor) ma serwo, które pozwala płynnie skręcać. W tej kategorii cenowej samochód od Emaxa ma dość blado wyglądającą konkurencję. Dzieciaki na pewno będą nim zachwycone!

Jeśli jednak liczycie na prawdziwe wyścigi z widokiem z pierwszej osoby, niczym Forza na XBoxie, to możecie się nieco rozczarować. I zdaję sobie sprawę, że moje narzekanie wymagałoby włożenia w auto nie 55 dolarów, ale 120. I przyznam, że trochę mi tego brakuje. Szkoda, że Emax nie wrzucił do samochodu opon o nieco większej przyczepności i silnika bezszczotkowego z pojedynczym ESC np. 10A (nawet kwestią zwiększenia masy) . W dobie miniaturyzacji i upychania regulatorów obrotów 4w1 wraz z kontrolerem lotu i OSD w jedną, miniaturową płytkę, chciałbym, aby Emax wypuścił właśnie coś takiego. Aby ta lekka konstrukcja rozpędziła się niczym gokart na sterydach i pozwoliła śmignąć obok niczego nie spodziewających się kolegów. I ja bym chętnie włożył te dodatkowe pieniądze w zamian za taką realną frajdę, a nie kompromis i półśrodki. Jako eksperyment – super sprawa! Jednak dla kogoś, kto już jeździł i widział FPV z różnych stron – chciałbym czegoś więcej. I niewykluczone, że Interceptor, który już okazał się sporym sukcesem otrzyma jakąś wersję Pro albo II, która odpowiednio droższa, będzie miała właśnie wspomniany zestaw komponentów.

Tyle tylko, że moje oceny końcowe zawsze biorą pod uwagę możliwości w stosunku do ceny. No i tutaj Emax ewidentnie błyszczy. Zamawiany z Banggood kosztuje w okolicach 200 zł. To naprawdę niewiele, jeśli weźmiemy pod uwagę całkiem funkcjonalną aparaturę. Drugie tyle musimy włożyć, jeśli polujemy na zestaw z goglami. I tutaj ważna uwaga – jeśli macie już dowolne gogle FPV – należy wziąć samo auto z aparaturą. Gdyby była to Wasza pierwsza przygoda z FPV, to wtedy komplet od Emaxa jest ok. Zaletą jest to, że gogle te możecie też wykorzystać z dowolonym kopterem kupionym później – np. Tinyhawkiem Freestyle, którego będę niebawem opisywał.

I jedyny mankament, który realnie widzę to brak części zamiennych. Nie wiem, czy Emax takowe planuje, ale należy się nastawiać na to, że o ile silnik jeszcze idzie dopasować (typ 0820 – 8mm x 20mm), podobnie jak i serwo (ES9251 2.5g) o tyle z resztą będzie kłopot. Nie jest to co prawda samochód bardzo drogi, ale ułamanie dowolnej z plastikowych części może skończyć się tym, że zostanie on wyłącznie dawcą części dla kolejnego, więc warto mieć to na uwadze.

Kup

Banggood – Emax Interceptor – czerwony

Banggood – Emax Interceptor – niebieski

%d bloggers like this: