Recenzja: Realacc R10

Niedawno pojawiła się w jednym z komentarzy prośba o opracowanie listy zakupów kopterów dla początkujących, ale takiej aktualnej na rok 2018. Wychodząc temu niejako naprzeciw, kupiłem do testów Realacc R10, ponieważ jest to sprzęt w miarę świeży i byłem ciekaw, co właściwie się zmieniło pomiędzy modelami zeszłorocznymi, a tymi bardziej aktualnymi. Mówiąc krótko – nie zmieniło się nic, dlatego własnie polecany Eachine E010 cały czas wydaje się dość realną opcją. Sprawdźmy jednak jego konkurenta cenowego i zobaczmy co zaoferuje nam Realacc R10! Zapraszam do recenzji!

W pudełku

Producenci zdążyli nas na szczęście już przyzwyczaić do atrakcyjnie wyglądających pudełek i model R10 nie jest odstępstwem. Karton pokazuje wyłącznie zdjęcie koptera i jest utrzymany w dynamicznej kolorystyce. Całość prezentuje się bardzo przyzwoicie.

W środku, jak można się było spodziewać, znajdziemy wypraskę z PET, w której mieści się kopter, a pod nim aparatura. Całość jest bardzo sprytnie uformowana i R10 mieści się w niej wraz z już założonymi osłonami na śmigła.

Oprócz tego w pudełku znajdziemy też podstawowe dodatki, czyli komplet zapasowych śmigieł, śrubokręt oraz instrukcję obsługi.

Nie zapominamy oczywiście o ładowarce, która jest wielkości niewielkiego pendrive, nie posiada przewodu, a jedynie złącze dla baterii. Dobrze jest zadbać o to, aby przy ładowaniu bateria nie wisiała na swoich własnych kablach, co przy tak krótkim połączeniu może się zdarzyć, szczególnie jeśli korzystamy np. z wpinanej do gniazdka ładowarki do smartfona, czy tabletu.

Podczas ładowania ujrzymy zapaloną, czerwoną diodę. Gaśnie ona, gdy bateria jest pełna i gotowa do lotu.

Ładowarka jest bardzo mała i ma postać niewielkiego pendrive.

Sam pakiet ma pojemność 300mAh i napięcie znamionowe 3.7V, czyli 1S. Nie jest to nietypowe, gdyż wszystkie te małe koptery wykorzystują podobne baterie, natomiast różnią się tym, ile prądu potrzebują, aby utrzymać się w powietrzu. W przypadku Realacc R10 byłem bardzo mocno zaskoczony czasem lotu, który trwał ok. 7 minut. Nie było to może latanie na 100% możliwości koptera, ale wywijanie fikołków i poruszanie się po mieszkaniu tam i z powrotem w wolniejszym trybie lotu, rozładowywało pakiet wolniej, niż zakładałem. Tutaj ogromny plus dla R10, bo proporcje wagi, rozmiaru śmigieł i pojemności baterii są naprawdę optymalne, skoro udało się uzyskać tak długi lot!

Budowa

Oczywiście o gustach trudno dyskutować, ale w moim odczuciu R10 prezentuje się naprawdę dobrze. Model jest w całości czarny, z czego kadłub wykonano z błyszczącego plastiku nie zapominając o logo producenta i paru wstawkach, które mają uczynić sylwetkę koptera ciekawszą. Sama jakość materiałów nie jest niczym wyróżniającym – raczej czuć „taniość”, ale za tą cenę nie należało się spodziewać niczego bardziej wyrafinowanego.

Z przodu producent umieścił białą, dość dużą jak na taki model, diodę, która służy wyłącznie temu, aby ocenić, gdzie znajduje się przód modelu. W kontekście pozostałego oświetlenia i jednobarwnych śmigieł był to dobry pomysł, ponieważ nawet w ciągu dnia, we wnętrzach świecący LED jest dobrze widoczny. Dioda nie ma natomiast żadnego odpowiednika z tyłu, więc coś za coś.

Długi czas lotu z pewnością bierze się w dużej mierze z dość dużych śmigieł oraz skromnej wagi. Fizyki w końcu nie przeskoczymy, ale optymalizacja czasu lotu pod kątem rozmiaru i mocy silników oraz właśnie średnicy płatów jak najbardziej jest możliwa i jak widać Realacc wykonało naprawdę dobrą robotę.

Śmigło ma średnicę 45mm. Stąd bierze się bardzo dobry czas lotu.

Kopter przychodzi do nas z założonymi osłonami na śmigła. Są one o tyle nietypowe, że ułożone wzdłuż koptera i zahaczone o dwa boczne silniki każda. Najmniej ochrony ma więc kopter z tyłu i z przodu. Zaletą jest to, że krawędzie osłon znajdują się powyżej śmigieł i przy silnym ugięciu ich nie blokują. Plastikowe elementy są również dość lekkie, więc nie wpływają mocno na zachowanie koptera w powietrzu.

Ich mocowanie to dwie obejmy, które nakładamy na silniki od spodu. Zastosowanie podwójnych poprzeczek, które trzymają każdą z osłon nadaje dodatkowej sztywności i wytrzymałości. Krawędzie osłon znajdują się też dalej od śmigieł, niż zwykle, co zapewnia im niezłą ochronę.

Od spodu kopter ma błyszczące nóżki, które są niestety integralną częścią ramy i wykonane z tego samego materiału co ona sama. Szkoda, że producent nie zdecydował się na gumową amortyzację. Po wielu upadkach materiał może niestety w końcu się poddać. Z drugiej strony – cóż, jest to jeden z najtańszych kopterów na rynku, więc ponownie – otrzymujemy to, za co zapłaciliśmy.

Od spodu znajdziemy przylutowane wprost do płytki złącze Molex 51005, do którego podłączymy baterię. Uważam, że sztywno zamocowane gniazdo sprawdza się dobrze, ponieważ wyjmując pakiet nie musimy każdorazowo szarpać za przewody. Sam kabelek od baterii jest z kolei na tyle długi, że nie ma specjalnego problemu z podaniem kopterowi zasilania.

Koszyk na baterię jest również integralną częścią dołu ramy. Pakiet wchodzi dość łatwo, ale nie ma zbyt dużej szansy, że wysunie się nawet przy upadku. Umieszczenie gniazda zasilania daje również tą zaletę, że nie musimy nic robić z przewodem od baterii i nie ryzykujemy, że wkręci się w śmigła, czego trzeba było czasem pilnować w innych modelach.

Od spodu kopter ma 4 diody, które są schowane dość głęboko wewnątrz plastikowej obudowy przez co są słabo widoczne pod kątem. Kiedy kopter jest powyżej linii oczu mogą się one przydać, ale dużo lepiej sprawdza się jednak ten LED z przodu. Dwa tylne ramiona mają czerwone diody, zaś na przednich zamocowano niebieskie, aby łatwiej było odróżnić przód i tył. Jest to tym bardziej istotne, że kopter jest w zasadzie całkowicie czarny, a wszystkie śmigła mają jeden i ten sam kolor.

Budowa wewnętrzna

Rozbieranie Realacc R10 bardzo przypominało mi Cheersona CX-10. Musimy w tym celu odkręcić 4 śrubki na ramionach, a następnie wyczepić obejmy zaczepione o wypustki na samych krawędziach ramy. Te dwa zabiegi pozwolą nam rozdzielić obie części kadłuba.

Cztery śrubki, które musimy odkręcić są dobrze widoczne – potrzebujemy tylko małego śrubokręta, ale ten dostaliśmy w zestawie z kopterem.
Obejmy, które trzymają obie części kadłuba musimy delikatnie rozpiąć starając się przy okazji ich nie wyłamać.

Mimo, iż rozłączyliśmy obie części kadłuba, aby zdjąć górną część musimy jeszcze pozbyć się śmigieł. W ramach możliwości nie należy ich szarpać ciągnąc w górę, ale podważyć od strony wału, opierając np. śrubokręt z jednej strony na obudowie silnika, a z drugiej na dolnej części piasty śmigła. Jeśli macie narzędzie do zdejmowania śmigieł to też się nada, jak nie to można to też zrobić małymi szczypcami.

W ponownym montażu bardzo pomoże nam to, że producent zadbał o oznaczenie śmigieł i ramion literami A oraz B. Tym sposobem przy ich wymianie nie będziemy mieć problemu z oceną, które powinno być gdzie zamocowane. Oczywiście śmigła z oznaczeniem „B” zakładamy na ramiona z tą samą literą – analogicznie z „A”. Na tą cyfrę nie zwracajcie uwagi – nie ma znaczenia.

Śmigło i ramię z oznaczeniem „B”
Analogicznie – śmigła o przeciwnym skoku mają literę „A”, którą znajdziemy też na krawędzi ramienia – proste, a działa!

Demontaż górnej części kadłuba odkrywa przed nami serce koptera. W tak tanim modelu należało się spodziewać pełnej integracji wszystkich elementów na jednej płytce. Maksymalizacja wykorzystania przestrzeni sprawiła, że całość ma kształt „X”. Jest to również, całkiem słusznie konsekwencjątego, że praktycznie cała elektronika została przylutowana z wierzchu płytki.

Widok z góry na kontroler lotu. Charakterystyczny kształt płytki usztywnia konstrukcję i przy okazji daje więcej miejsca na montaż układów.
Spód kontrolera lotu. Oprócz diod oraz padów do programowania, które wykorzystywał producent, po tej stronie nie ma żadnej elektroniki.

Waga i cena koptera wykluczały praktycznie montaż gniazd na silniki, więc w razie wymiany będziemy zmuszeni użyć lutownicy. Oba miejsca do lutowania są dość blisko siebie, więc będzie to wymagało nieco precyzji.

Silniki zostały przylutowane na stałe, więc ich wymiana będzie wymagała obycia z podstawami lutowania

Jeśli już mówimy o silnikach, to pozwoliłem sobie je zmierzyć, aby łatwiej było dobrać zapasowe, bo ten element niewątpliwie „pada” najszybciej. Jeśli więc nie kupicie po prostu całego nowego koptera, zostawiając stary na części (co zdaje się mocno uzasadnione przy tej cenie), to może uprości Wam to znalezienie zapasowej jednostki napędowej.

Korpus silnika ma 15.2mm
Jego średnica to 6mm.
Długość wraz z wałem zamyka się w 20.6mm.
Silnik nie jest w żaden specjalny sposób trzymany w dolnej części kadłuba. Wystarczy go po prostu wysunąć. Należy pamiętać o tym, aby go nie ściskać (np. obcęgami), bo okrągła obudowa jest cienka i jej odkształcenie zniszczy silnik.

Aparatura

Aparatura, której używamy do sterowania jest dość typowym sprzętem, który znamy z tej klasy kopterów. Czarna, z białymi przyciskami, pasuje do samego R10.

Producent zdecydował się jedynie na dwa przyciski do trymowania, czyli oś roll oraz pitch. Po tylu kopterach, z którymi przyszło mi mieć do czynienia, mogę stwierdzić, że to wystarcza, ponieważ tak naprawdę ani throttle, ani yaw się nie koryguje. Co więcej, nawet jeśli tamte przyciski się pojawiają, to i tak pełnią inną funkcję – np. włączają tryb headless, albo fly-back, więc i tak tylko mylą początkujących użytkowników.

Odkąd właściwie testuję quadrocoptery, wygląd i funkcjonalność tego akurat typu aparatury zupełnie się nie zmienił i od ponad dwóch lat widzę dokładnie ten sam wzór. Manipulatory to dość krótkie gałki, z otworami i wypustkami, dostosowane do sterowania kciukami. Nie ma tu nic odkrywczego, a koszt produkcji dla tak typowej formy, pewnie po prostu jest niższy. Jeśli chodzi o samą pracę manipulatorów to pracują one akurat – nie za ciężko, nie za lekko. Tutaj także zwyczajnie.

Włącznik aparatury leży pośrodku i jest suwanym przełącznikiem. Parowanie pomiędzy kopterem i aparaturą następuje automatycznie, co jest ciekawą nowością. Wystarczy podłączyć baterię do drona, a następnie włączyć kontroler i moment poczekać. Diody na kopterze przejdą z migających, w świecące w sposób ciągły, co będzie oznaczało, że parowanie się udało. Za pierwszym razem może być konieczność popchnięcia lewego manipulatora maksymalnie w górę i w dół, co jest typową procedurą parowania, ale najwyraźniej później (lub w ogóle – trudno stwierdzić) nie będzie to już potrzebne.

Z przodu kopter ma dwa przyciski. Lewy zmienia tempo lotu, czyli de facto maksymalne wychylenie koptera. Do wyboru są tylko dwa – szybsze i wolniejsze. Z kolei prawy przycisk to już tradycyjnie – przewroty we wszystkie 4 strony. Najpierw go wciskamy, a następnie decydujemy, w którą stronę kopter ma wykonać manewr, poprzez popchnięcie prawego manipulatora.

Manipulatory pełnią także funkcję przycisków, o czym nie wspomniałem wcześniej. Lewy uruchamia headless mode, czyli tryb, w którym kopter utrzymuje kierunek lotu narzucony przez prawy manipulator, niezależnie od własnego obrotu w osi pionowej (yaw). Z kolei prawy włącza fly-back, co oznacza, że kopter leci po prostu w tył ze wsparciem headless mode. Obie te funkcje przynajmniej nie były zachwalane na pudełku, ponieważ działają tak jak zwykle, czyli do niczego się nie nadają. Kopter podczas obrotów gubi kierunki headless mode o przynajmniej 45 stopni, a fly-back podążając za tym błędnym wskazaniem leci tam, gdzie akurat wydaje mu się, że znajduje się owy tył, w którego kierunku próbuje wracać. Jeżeli rozważacie zakup R10 skuszeni tymi właśnie funkcjami, to przemyślcie to jeszcze raz.

Baterie do aparatury wkładamy jak zawsze z tyłu. Mieszczą się one pod klapką, która przychodzi do nas dodatkowo zakręcona śrubką. Dołączony śrubokręt pozwala ją na szczęście odkręcić. Zasilanie zapewniają dwie baterie AA, czyli tzw. „paluszki”.

Charakterystyka lotu

Realacc R10 jest lekki (27g z baterią), przez co bez większego problemu startuje i wykonuje manewry. Również fakt, że ma nieco większe śmigła, ułatwia mu bardzo lot. Zarówno tryb wolniejszy, jak i szybszy są dość dynamiczne, co może utrudnić nieco naukę zupełnie początkującym. Na szczęście osłony na śmigła i niska waga gwarantują, że sprzęt łatwo nie poddaje się uderzeniom.

O ile sterowanie w osiach roll i pitch, czyli te manewry, które wykonujemy prawym manipulatorem są dość wyważone i reagują proporcjonalnie na wychylenie drążka, to nie można tego powiedzieć o osi yaw, czyli obrotowi w osi pionowej. Przy niewielkim wychyleniu, kopter wykonuje rotację powoli, ale wystarczy manipulator pchnąć tylko trochę mocniej i obrót znacząco przyspiesza. W rezultacie latanie tym kopterem jest w pewnym stopniu utrudnione, ponieważ nie da się w sposób pełni kontrolowany obracać go w locie. W trakcie sterowania wielokrotnie zdarzało mi się wykonać zwrot o 180 stopni, mimo iż nie miałem dokładnie takiej intencji. Nie jest z tym jednak najgorzej w pierwszym trybie lotu – dopiero ten szybszy pogłębia problem. Kopter oprócz mocniejszych wychyleń, zaczyna też błyskawicznie obracać się wokół własnej osi. W rezultacie ja nie dałem rady sensownie latać kopterem po wnętrzu własnego mieszkania, bo za każdym razem, kiedy próbowałem skręcić, kopter wykonywał obrót o wiele szybszy niż chciałem i ustawiał się nie w tą stronę. Łącznie z tym, że potrafił wykonać parę kółek wokół własnej osi. Jeżeli kojarzycie Eachine H8 Mini i jego superszybkie wirowanie w osi yaw to wiecie o czym mówię. Tutaj jest może minimalnie spokojniej, ale wyglada na to, że oba koptery mają wiele wspólnego. Podsumowując – do latania, przynajmniej w moim odczuciu, nadaje się jedynie pierwszy tryb. Jednocześnie jest on wystarczający, jeśli szukamy czegoś bardzo taniego, czym poobijamy się bez żalu po domu.

Jeśli chodzi o pozostałe parametry to R10 niczym specjalnym się nie wybija. Kopter trzyma wysokość przy manewrach, co zalicza się na plus, ale zapewne jest to pochodna błyskawicznego yaw, który jest obciążeniem zarówno dla pakietu, jak i silników. Jeśli więc mają one zapas na tego typu obroty, to tym bardziej wystarczają do spokojnego latania.

Jeżeli bawią nas wszelkiego rodzaju przewroty, które kopter potrafi wykonywać, to R10 również nas nie rozczaruje. Flipy wykonywane są dynamicznie, a lekka kompensacja gazem wystarcza, aby urządzenie nie traciło wysokości. Kopter sam nie zwiększa zauważalnie obrotów przed manewrem, więc musimy po przewrocie nieco mu pomóc.

Podsumowanie

Realacc R10 to po prostu bardzo tani kopter, który może pomóc wkroczyć na ścieżkę latania czymś większym i droższym. Należy go traktować wyłącznie jako zabawkę na pierwszy miesiąc nauki, po czym szukać czegoś lepszego. Inwestowanie i serwisowanie sprzętu, który w całości kosztuje w granicach 40 zł (chwilowo 70zł, ale wiadomo, jak jest na Banggood) nie jest po prostu opłacalne. Tym, co może nas przekonać do niego właśnie, a nie np. Eachine E010, jest niska cena i przyzwoity czas lotu, który w tak małym sprzęcie jest bardzo satysfakcjonujący. Największą wadę stanowi absurdalnie szybki obrót w osi pionowej, który utrudnia płynne sterowanie, a w szybszym trybie czyni je prawie niemożliwym. Jednocześnie charakterystyka lotu jest najważniejszym kryterium, jeśli chodzi o zakup, bo co z tego, że zabawka będzie tania, skoro nie będzie się dało nią latać. Znalazło to odzwierciedlenie w ocenie końcowej.

Kup: Banggood – Realacc R10

Ocena 4Śmigła.pl: 3.5 / 5.0 grade_1grade_1grade_1grade_1_2grade_0

%d bloggers like this: