Recenzja: KingKong Q100

Pod koniec zeszłego roku zaczęły wychodzić quadrocoptery szczotkowe z przeznaczeniem do szaleństw FPV. Postępująca miniaturyzacja elektroniki spowodowała, że otrzymaliśmy ekwiwalent Hubsana H107C (8mm silniki) z programowalnym przez USB kontrolerem lotu, nadajnikiem FlySky/FrSky/DSMX, kamerą i nadajnikiem 5.8GHz o mocy 25mW. Banggood zostało zalane wieloma modelami Eachine, które częściowo okazały się kopiami modeli innych twórców. Na tym polu został wypuszczony również KingKong Q100, który kupił mnie całkowicie ładnym w swojej prostocie wyglądem kadłuba. Mimo, iż rama jest wykonana z ABS, całość prezentowała się na tyle atrakcyjnie, że zdecydowałem się na własny użytek kupić Q100 mając nadzieję, że okaże się on trafnym wyborem. Przekonajmy się wspólnie – zapraszam do recenzji!

W pudełku

KingKong Q100 jest modelem do samodzielnego złożenia. Jest to konstrukcja BNF (Bind And Fly), która nie zawiera aparatury, a w zestawie możemy otrzymać odbiornik w standardzie 2.4 GHz obsługujący albo protokół Futaba albo DSMX. Jest też opcja zakupu bez odbiornika i nabycie go zupełnie osobno. Z racji tego, że przesiadłem się na Taranisa, wybrałem sprzęt wspierający FrSky. Jest miniaturowy podobnie jak pozostałe komponenty, ma pojedynczą, krótką antenę i obsługuje SBUS oraz cPPM, co oznacza, że wystarczy nam jeden przewód, aby dostarczyć sygnał ze wszystkich 8 kanałów.

Rama, bo od niej właściwie należałoby zacząć, jest wykonana z ABS, który w przeciwieństwie do włókna (szklanego, węglowego) jest elastyczny. Szkielet nieco ugina się pod naciskiem, ale jest niezwykle lekki i w moim przekonaniu świetnie wygląda. Asymetria ramion między przodem i tyłem oraz kadłub, który przykrywa wrażliwą elektronikę tworzą razem bardzo zgrabnie wyglądający kształt.

Mocowania silników są wykonane z tego samego materiału, co reszta ramy. Od dołu zabezpieczają je gumowe nóżki, których dodatkową rolą jest zapobieganie zbyt głębokiemu zamocowaniu napędu. Silniki muszą wystawać gdzieś do połowy swojej długości, aby śmigła nie zahaczały o kadłub.

Rama od KingKonga ma wypustki i ząbki, które trzymają kontroler lotu. Są one dokładnie dopasowane do FC, który otrzymujemy w zestawie, więc nie ma specjalnie możliwości zastąpienia go innym modelem. Oczywiście elementy ramy można powycinać, ale jeśli chcecie uprościć sobie proces składania, to lepiej wziąć gotowy zestaw z silnikami, kontrolerem lotu itd.

Kadłub, który przykryje elektronikę montowany jest na dwóch wypustkach. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie, ponieważ wszystkie przewody możemy schować bezpiecznie wewnątrz nie martwiąc się wirującymi śmigłami. Elektronika jest również zabezpieczona przed uszkodzeniami mechanicznymi. W środku da się zmieścić kontroler lotu z nadajnikiem FPV i odbiornikiem. Wycięcie z przodu pozwoli także bezpiecznie zamontować kamerę. Warto wspomnieć, że jeśli kupimy cały zestaw to otrzymamy kadłub w kolorze białym, natomiast kupując części osobno możemy jeszcze wybrać żółty i czerwony.

Kontroler lotu to miniaturowa wersja Naze32 dla silników szczotkowych. Ma on kształt dopasowany do ramy KingKonga Q100, z wyprowadzonym bocznie gniazdem microUSB, do którego możemy się podłączyć nawet przy założonym kadłubie – jest w nim odpowiednie wycięcie. Kontroler lotu ma też miniaturowe gniazda dla odbiorników (SBUS, cPPM oraz DSM) więc mamy dzięki temu odrobinę mniej lutowania. Warto zauważyć, że płytka działa wyłącznie na zasilaniu 1S, czyli do 4.2V. Niektóre modele potrafią sobie poradzić także z 2S, ale tutaj pozostaje nam używanie baterii mających tylko 1 celę.

Nadajnik FPV z kamerą, przewodami i foliami termokurczliwymi zapakowany jest w niewielkie, przeźroczyste pudełko. To gwarantuje nam, że sprzęt nie ucierpi zanadto w transporcie.

Co ciekawe kamera jest 16-kanałowa (zgodnie z oznaczeniem na pudełku), ale rozrzut tychże kanałów po wszystkich pasmach jest co najmniej intrygujący. Wypełnione jest prawie całe pasmo dla RaceBand oraz Fatshark, natomiast w E są tylko 2 kanały z 8, w B – tylko jeden, natomiast A nie jest pokryte w ogóle. Co prawda prawie każdy odbiornik sprzedawany dziś działa w 4 (32 kanały) albo 5 pasmach (40 kanałów), ale jeśli używacie odbiornika, który nie działa w każdym z nich to warto zwrócić na to uwagę.

Przewody od kamery są połączone bezpośrednio z nadajnikiem. Całość pod względem rozmiarów i długości przewodów jest tak policzona, aby zmieścić się wewnątrz kadłuba. Widzę też, że producent stawia raczej na wymianę całego kompletu (nadajnik + kamera) nie oferując w zestawie obu elementów oddzielnie. Trochę szkoda.
W pudełku, oprócz zestawu FPV, znajdziemy również przewód zakończony złączem microJST 4-pinowym z jednej strony, a 4 wejściami typu goldpin na drugim; oraz 2 folie termokurczliwe. Oba te elementy przydadzą nam się, gdy będziemy montować odbiornik RC.

W komplecie znalazł się również cieniutki fragment dwustronnej taśmy piankowej, prawdopodobnie służący do naklejenia na kontroler lotu i zamocowania na nim odbiornika RC wraz z nadajnikiem FPV. Dla mnie taśma była trochę za cienka, więc posłużyłem się inną, a brak instrukcji niestety nie pomógł w zdecydowaniu, w jaki inny sposób można było rzeczoną taśmę wykorzystać.
Nie zabrakło też krótkiego przewodu zakończonego złączem typu Molex, którym podłączymy baterię do kontrolera lotu.
Są też dwie gumki recepturki, które są nieocenione przy mocowaniu baterii.

Oczywiście nie zapominajmy też o silnikach. W zestawie znajdziemy 4 sztuki, 2 lewe (CCW) oraz 2 prawe (CW), które jak zawsze rozróżnia się po kolorze przewodów. Typ silników pomiędzy modelami nie ulega zmianie i ponownie otrzymujemy te o średnicy 8 mm. W sumie to dobrze, że w tej materii doszło do pewnej standaryzacji, ponieważ będzie dzięki temu łatwiej o części zamienne. Warto natomiast wspomnieć, że w zestawieniu z Eachine QX80 – te silniki mają krótszy wał. Czyni je to też odporniejszymi na jego złamanie, co jak wiecie przydarzyło mi się właśnie w QX80.

No i na koniec – śmigła. KingKong używa naprawdę sporych, o średnicy 65mm, innych niż pozostali producenci. Wszystkie są w kolorze czerwonym. W zamian w komplecie otrzymujemy 2 woreczki po 10 śmigieł każdy – odpowiednio lewe i prawe. To daje nam 5 pełnych kompletów gotowych do wylatania, więc całkiem pokaźna liczba. Na szczęście niełatwo pękają, więc powinny nam starczyć na długo.

Składamy model

Montaż zaczniemy od przylutowania silników do kontrolera lotu. Wypada jednak najpierw sprawdzić, jak powinny być rozmieszczone. Kolejność i kierunki obrotów silników są zapisane w kontrolerze lotu, więc warto podłączyć go do komputera, jak mają być ułożone. Do tego trzeba dołożyć wiedzę o tym, które kolory przewodów oznaczają który kierunek obrotów. Zacząłem więc od czystej kartki, na której narysowałem sobie docelowe rozmieszczenie silników, żeby się nie pomylić.

Jak widać niebiesko-czerwone przewody należą do silników, które docelowo mają pracować zgodnie z ruchem wskazówek zegara (CW). Z kolei biało-czarne to domena silników lewych, pracujących przeciwnie do ruchu wskazówek (CCW). Na wszelki wypadek zapisałem sobie na kartce również kolory przewodów. Mniej wątpliwości podczas montażu.

Włóżmy teraz na miejsce wszystkie silniki zgodnie ze wskazanym powyżej układem. W tym celu należy wpierw wyjąć z nóżek czerwone gumki. Następnie wkładamy na miejsce silnik w taki sposób, aby nie wyłamać mu przewodów. Oba kabelki wyciągamy przez boczne wycięcie w nóżce. W żadnym momencie nie należy szarpać za przewody, które mogą tego nie wytrzymać, a ich wyrwanie z dużą pewnością będzie wymagało od nas zakupu nowego silnika.

Przewody trzeba przeprowadzić pod spodem, a wychodzić będą do kontrolera poprzez otwory w ramionach. Nie sugerujcie się sposobem poprowadzenia tych z przodu, gdyż w trakcie montażu nieco go zmieniłem – będzie widać na dalszych zdjęciach.

Dobrym pomysłem jest wstępne pokrycie cyną pól lutowniczych od silników. W trakcie montażu po prostu zanurzymy przewód w roztopionej kropli w odpowiednim miejscu i otrzymamy solidne mocowanie. Przyjrzyjcie się też kontrolerowi od spodu i numerkom, które odpowiadają kolejnym silnikom. Warto zauważyć, że kontroler lotu jest dostosowany do obsługi hexy, ponieważ ma miejsce na przylutowanie aż 6 jednostek napędowych.

Zacząłem od przylutowania tylnych silników. W tym celu nawet nie skracałem przewodów – i tak niewiele jest zapasu, a nie chcę ich zerwać, gdybym kiedyś potrzebował wyciągnąć kontroler lotu i dostać się pod spód.

Gdybym teraz przylutował przednie silniki – dostęp do kontrolera lotu byłby mocno utrudniony – mówię tu o jego potencjalnym obróceniu, aby dostać się pod spód. Zdecydowałem się więc najpierw na przylutowanie przewodów zasilających oraz nadajnika FPV. Jedynie w tym drugim musiałem nieco skrócić przewody zasilające. Zostawiłem jednak nieco zapasu, aby dało się bez nadmiernego łamania przewodu zgiąć je w łuk, tak aby ułożyć nadajnik na wierzchu kontrolera lotu. Z grubsza zostawcie sobie taką długość, jak przewodów zasilających i będzie ok.

Przewody od silników z przodu wprowadziłem przez centralny otwór w ramie. Gdybym przepuścił je przez otwory w przednich ramionach to przytrzasnąłbym je zakładając kadłub. Możecie też przyjrzeć się, jak poprowadzone są przewody tylne.

Ze względu na charakterystyczne wprowadzenie przednich przewodów od spodu kontrolera postanowiłem je przylutować skierowane do wewnątrz w przeciwieństwie do tylnych, które są zwrócone na zewnątrz. Daje nam to odrobinę zapasu na ewentualne podniesienie kontrolera i dostęp do jego spodu.

Pora na odbiornik RC. Gniazdo na kontrolerze lotu ma 4 piny, które są opisane odpowiednio: GND, 5V, SBUS, PPM. Z racji tego, że FrSky korzysta z SBUS (tak jest ustawiona zworka) wystarczy użycie tylko 3 pierwszych pinów. Końcówki od PPM możemy się pozbyć.

Z wtyczki microJST można wyciągnąć przewody. W tym celu należy podważyć plastikowy ząbek i lekko go odgiąć. Wtedy cały przewód da się bez problemu wysunąć. Zwróćcie też uwagę na kolory przewodów. Dla ułatwienia czarny to GND, czerwony +5V, a zielony SBUS. Dość intuicyjne oznaczenie.
Mój kabelek od odbiornika przed montażem wyglądał następująco:

Odbiornik FrSky ma cztery otwory, do których przylutujemy przewody. Jeden z nich jest oznaczony PPM, więc nie będziemy z niego korzystać. Odcinamy końcówki po drugiej stronie przewodu, który będzie łączył kontroler lotu z odbiornikiem i zdejmujemy z nich izolację. Pora na lutowanie. Odbiornik ma identyczne oznaczenia, jak gniazdo na kontrolerze lotu, więc łączymy ze sobą odpowiednio końcówki GND, 5V, SBUS. Finalny efekt wygląda następująco. Zwróćcie też uwagę na fabrycznie zlutowaną zworkę wskazującą protokół, którym przesyłane są dane do kontrolera lotu, czyli SBUS. Gdybyśmy chcieli zmienić na PPM (co oczywiście jest możliwe), należałoby rozlutować zworkę SBUS, zlutować PPM i użyć po obu stronach pinu oznaczonego PPM. Z racji tego, że SBUS jest protokołem cyfrowym – wolałem się oprzeć na nim i nie poprawiać fabryki.

Dopilnujcie, żeby przewody wychodziły możliwie wzdłuż odbiornika. Chodzi o to, żeby po przykryciu termokurczką nie były one niepotrzebnie łamane.

Możecie też spojrzeć, jaką długość przewodu pozostawiłem pomiędzy wtyczką, a odbiornikiem. Uczulam na to, żeby jeszcze nie wkładać tego ostatniego w folię termokurczliwą zanim nie sprawdzimy, że wszystko działa.

To jest dobry moment, żeby podłączyć do kontrolera lotu zasilanie i połączyć się z odbiornikiem. Aby wejść w tryb parowania z aparaturą, należy przytrzymać przycisk Bind na odbiorniku i podłączyć kopterowi zasilanie.
Teraz pora na aparaturę. W przypadku modułu DJT wystarczyłoby wybrać tryb bez telemetrii i przytrzymać Bind przed jej włączeniem – tak było w Turnigy 9X. W przypadku Taranisa jest w zasadzie jeszcze łatwiej. Stworzyłem nowy profil dla KingKonga, wybrałem tryb „D8” oraz opcję Bind. Po chwili odbiornik zasygnalizował udane sparowanie z aparaturą. Jeśli macie wątpliwości odnośnie kierunku obracania silników to można na tym etapie podłączyć kontroler lotu do komputera i sprawdzić nim wszystko zmontujemy. Ja poszedłem na żywioł i od razu zabrałem się za składanie modelu do końca.

Miejsca, w których lutowałem przewody zabezpieczyłem lakierem do płytek drukowanych, który pokazywałem Wam w artykułach z działu DIY. Po pierwsze zmniejszy to obciążenie lutów, gdy będę szarpał przewodem zasilającym podczas podłączania baterii. Dodatkowo będę miał gwarancję, że nie będzie możliwości mechanicznego zwarcia obu punktów ze sobą, bo będą odseparowane warstwą lakieru. Wagi specjalnie nie zwiększy, a ja będę spał spokojnie.

Pora włożyć kontroler lotu na swoje miejsce. Opiera się on na 4 słupkach, które wchodzą w wycięcia, które wczesniej pokazywałem. Oprócz tego, do ramy dociskają go też 3 ząbki – 1 z przodu i po 1 z każdego boku. Przy montowaniu kontrolera lotu należy lekko odgiąć ząbki, które będą go trzymały, aby ich nie wyłamać. Podobna rzecz ze słupkami, które są dość cienkie i łatwo je uszkodzić. Po prostu nic na siłę i powinno się udać.

Nadajnik FPV powinien znaleźć się wewnątrz kadłuba. Nie mamy za wiele miejsca, więc zdecydowałem się przykelić pasek dwustronnej taśmy piankowej do kontrolera lotu. Na wierzch przykleiłem nadajnik w taki sposób, aby antena wychodziła z tyłu. Jak widzicie umiejscowiłem go w możliwie najniższym punkcie, czyli obok gniazda DSMX, ale też przed gniazdami od odbiornika. Rzecz w tym, że musi być jeszcze miejsce na ten ostatni również wewnątrz kadłuba, więc elementy powinny być umieszczone możliwie ciasno i płasko.

Pora na odbiornik. Użyłem folii termokurczliwej z zestawu i nałożyłem ją od strony anteny. Po podgrzaniu opalarką błyskawicznie oplotła się wokół odbiornika. Pamiętajcie o tym, żeby folia nieco wystawała z obu stron. To zagwarantuje, że się nie przesunie oraz, że częściowo zamknie dojście do odbiornika z obu stron, co uchroni go przed zanieczyszczeniami.

Warto zrobić jeszcze jedną przymiarkę, układając odbiornik na wierzchu pozostałych elementów i zamykając kadłub. Jeżeli będziecie w stanie go całkowicie nałożyć i nie będzie nigdzie odstawał – super! U mnie się udało.

Ze względu na to, że nie chciałem nakładać kolejnej warstwy taśmy na kontroler lotu i nadajnik, stwierdziłem, że sensowniej będzie przykleić odbiornik do kadłuba od spodu. Należy przy tym pamiętać, że jest on połączony z kontrolerem lotu przewodem, więc przy zdejmowaniu kadłuba nie będziemy mieli aż takiego pola manewru.
Jeśli chodzi o kamerę to nie ma ona dość stabilnego mocowania. Po zakmnięciu kadłuba obiektyw lekko się przemieszczała. Dodatkowo skierowana była ona dokładnie na wprost, co przeszkadza przy szybszym lataniu. Problem ponownie rozwiązałem dwoma paskami dwustronnej, piankowej taśmy. Jeden przykleiłem do samej ramy (widać na zdjęciu), a drugi umieściłem wokół otworu z przodu kadłuba. Obiektyw przykleiłem do szczytu kadłuba, co dało mu maksymalne możliwe pochylenie. Efekt jest zadowalający.

Najwyższa pora zamknąć kadłub. Obie anteny powinny wychodzić z tyłu. Potem wygniemy je w pion, aby przypadkiem nie dostały się w okolicę śmigieł. W tylnej części kadłuba możemy założyć gumkę recepturkę, która była w zestawie. Należy ją zahaczyć o wypustki znajdujące się po obu stronach.

Jej celem jest przytrzymanie baterii w jednym miejscu. Nie gwarantuje ona jednak, że ogniwo nie będzie nam się przesuwało tył-przód, ale tym zajmiemy się nieco później. Aha, ważna informacja – jak deklaruje producent, bateria ma pojemność 550 mAh i wydajność na poziomie 25C. Testy empiryczne pokazały, że sprawuje się ona o niebo lepiej, niż ogniwa dostarczane przez Eachine. Kopter nie doświadczył na nim żadnego brown-out (chwilowy zanik zasilania), jak to było w przypadku baterii pożyczonych od QX80. Do agresywnych lotów przyda się jednak ogniwo o jeszcze wyższym C, o czym piszę pod koniec recenzji.

Tak z kolei prezentuje się kamera po wklejeniu na taśmę piankową i jej lekkim pochyleniu. Zauważcie, że jej górna krawędź styka się z kadłubem. Gdyby została umieszczona płasko, pomiędzy obiektywem, a górną częścią otworu na kamerę zostałaby wolna przestrzeń. Pochylenie nie jest duże i wynosi nie więcej niż 10 stopni.

Na końcu zakładamy jeszcze śmigła i model jest gotowy do lotu!

Gumka recepturka, którą założyłem na kadłub ma go tylko spróbować przytrzymać w razie upadku, a dodatkowo może pełnić rolę zapasowej, gdybym zerwał tą, która trzyma baterię.

Na tle kartonu, w którym przyleciał. I niech ktoś mi powie, że nie prezentuje się świetnie! 🙂

Anteny wygiąłem w pion tak, aby znalazły się poza zakresem śmigieł. Oczywiście okazało się to niewystarczającym pomysłem, o czym piszę dalej.

Przewód od baterii powinien wychodzić tyłem, aby dało się go zawinąć pod quadrocopter i połączyć z wtykiem po stronie koptera. Tym sposobem będziemy mieli gwarancję, że nie wejdzie on w kolizję ze śmigłami.

Charakterystyka lotu

Na domyślnych ustawieniach KingKong Q100 lata nieco ospale, ale jest to bezpieczna wartość domyślna, która pozwala mu latać, ale nie daje możliwości, nomen omen, „rozwinięcia skrzydeł”. Moje aktualne ustawienia PID dla tego modelu wyglądają następująco:

Możecie zauważyć, że PID dla pitch i roll są takie same. Wynika to z konfiguracji aparatury, która służyła mi do ich konfiguracji. Po prostu oba te kanały mam spięte podczas regulowania parametrów i dlatego wartości są takie same. Zważywszy na to, że kopter ma inny rokład masy wzdłuż i wszerz prawdopodobnie pitch powinno być nieco inne, niż roll, ale na razie pozostałem z takimi wartościami i efekt jest zadowalający. Ustawianie PID jest dla mnie jednak wciąż pewnym wyzwaniem, więc nie traktujcie moich wyników referencyjnie.
RC Rate na 0.50 jest wystarczające, aby model latał dynamicznie, natomiast nie podciągałem go wyżej, ponieważ latanie w trybie freestyle (przewroty, beczki itd.) nie do końca się w nim sprawdza. W zamian podciągnąłem parametr expo na 0.65. Będę jeszcze pewnie eksperymentował z wartościami, ale na takiej konfiguracji udało mi się zrobić przelot pokazany na filmie poniżej, więc nie będę narzekał.

KingKong Q100 okazał się dynamicznym, a przy tym wytrzymałym modelem. Szukałem sprzętu, którym będę mógł bezpiecznie polatać na zamkniętej przestrzeni i to właśnie otrzymałem. Sprzęt parę razy twardo lądował i przyjął to dużo dzielniej, niż Eachine QX80. Mógłbym oczywiście pisać, jak świetnie model się sprawuje, ale niech najlepiej zaświadczy o tym poniższe nagranie.

KingKong Q100 nie ma możliwości zamontowania Buzzera, więc na razie nie zabierałem go na zewnątrz. Wizja szukania w trawie modelu, który ma taki rozmiar do końca mnie nie przekonuje. Patrząc po YouTube, część osób

Eksploatacja

Zdążyłem już trochę KingKongiem polatać i w trakcie jego używania pojawiło się parę rzeczy, które poprawiałem po swojemu. Chciałbym się tym doświadczeniem podzielić. Zacznijmy od przewodów, które idą wzdłuż ramion. Zarówno przednie, jak i tylne okleiłem paskiem czarnej taśmy izolacyjnej. Dzięki temu mam gwarancję, że luźno biegnący przewód o nic nie zahaczy i przypadkiem go nie wyrwę. Model wydaje się też nieco „czystszy” bez przewodów na wierzchu.

Oczywiście pozostawienie anten luzem, nawet jeśli były skierowane w górę było głupim pomysłem. Śmigła któregoś razu przecięły izolację i nadwyrężyły przewód antenowy.

W celu poprawy sytuacji wykorzystałem trik z opaskami wzdłuż których prowadzi się anteny. Pomysł ten jest dość powszechny również w większych modelach. Opiera się na tym, że do ramy mocujemy opaskę, które będzie sztywnym szkieletem dla anteny. W przypadku KingKonga dobrym miejscem jest połączenie tylnych ramion z ramą. Ten punkt znajduje się zaraz obok kadłuba i nie wchodzi w kolizję ze śmigłami. Idealne miejsce!

Obie te rzeczy wkładamy we wspólną folię termokurczliwą i podgrzewamy. Tak usztywniona i zabezpieczona antena będzie długo służyć. Jeśli chodzi o zasięg tego akurat rozwiązania to powiedziałbym, że jest zadowalający. Po ustawieniu anten w pionie i ich usztywnieniu nie spotkała mnie żadna niespodzianka związana z utratą sygnału sterującego. FPV mogliście już ocenić na nagraniu i w moim odczucie było całkiem niezłe zważywszy na niewielkie rozmiary i moc nadajnika. Co prawda antena dipolowa jest nieco bardziej podatna na zakłócenia i odbicia, ale nawet jeśli spowodowało to nieznaczną stratę na jakości obrazu, to w zamian antena jest dużo trudniejsza do uszkodzenia. „Dłubacze” mogą też pokusić się o jej wymianę na „konicznkę”.

Kontroler lotu, w moim przypadku niestety po cięższych lądowaniach miał tendencje do wypadania z plastikowego mocowania. Przy którejś operacji wkładania go na miejsce wyłamałem piny, które trzymają go w jednym miejscu. Nie pozostało mi więc nic innego, jak przymocować go raz, a dobrze. Po pierwsze przykleiłem go na taśmę piankową do dolnej części ramy – ząbki nadal go trzymają, a dodatkowo w dwóch miejscach złapałem go opaskami wraz z nadajnikiem FPV. Obecnie żadna siła go nie wyrwie!

Nie należy się przesadnie przywiązywać do gumowych nóżek, które zakładaliśmy pod silnikami. Po dwóch lotach nie miałem już żadnej. Gdzie i kiedy wypadły – nie wiem, ale byłem mocno zdziwiony. Najwyraźniej przy upadkach pojawia się między nimi, a podłożem na tyle duże tarcie, że po prostu są one wyrywane z osadzenia. To nie byłby taki problem, gdyby nie fakt, że bez nich silniki mogą się wsuwać głębiej, niż powinny i przez to np. zahaczać o kadłub. Warto więc po upadku to sprawdzić. Dodatkowym problemem jest to, że nie da się ich (przynajmniej na razie) kupić oddzielnie. Trzeba kupić całą ramę, która droga nie jest, ale też nie widzę powodu kupowania kompletu, jeśli potrzebuję tylko wybranych elementów. To akurat pewne niedociągnięcie. Jeśli po upadkach silniki będą mi się nadmiernie przesuwać to rozważę wypełnienie otworów klejem na gorąco – powinno załatwić sprawę.

Zmiana kanału w nadajniku FPV wymaga w KingKongu tylko naciśnięcia jednego przycisku. Dioda, która miga naprzemiennie dwoma z nich sygnalizuje, który z kanałów mamy aktualnie wybrany. Potrzeba do tego instrukcji, jednak ponadto wszystko jest dość oczywiste. Rzecz w tym, że nadajnik jest schowany pod kadłubem. Aby każdorazowo nie zdejmować go, gdy zechcę zmienić częstotliwość, zdecydowałem się pójść na skróty i oznaczyć na kadłubie punkt, który należy nacisnąć, aby odbiornik RC znajdujący się nad nadajnikiem FPV trafił dokładnie na przycisk zmieniający kanał. Tym sposobem mogę go przestawiać nawet w niesprzyjających warunkach np. po ciemku, bez szukania po omacku miniaturowego przycisku.

Do Q100 producent dołączył pojedynczą baterię, ale bez ładowarki. Model spodobał mi się na tyle, że zdecydowałem się kupić dodatkowe ogniwa. Z racji tego, że Banggood sprzedaje baterie o pojemności 600 mAh z bardzo wątpliwą specyfikacją (albo jej brakiem), postanowiłem poszukać baterii w HobbyKing. Sklep mnie nie rozczarował, ponieważ za niewielkie pieniądze znalazłem Nano-Tech 750mAh o maksymalnym prądzie rozładowania 35-70C (ciągły/chwilowy). Wierzę, że jest to zakres ponad wymaganiami 4 szczotkowych silniczków, których używa KingKong Q100. Testy okazał się pomyślne – kopter śmiga na nich jak szalony i nie łapie zadyszki, która męczyła Eachine QX80.
Wadą tych baterii było to, że miały zamienioną polaryzację. Oryginalnie końcówki + i – były włożone do wtyczki odwrotnie, niż w KingKongu (o czym HobbyKing ostrzega). Na szczęście wtyk Molex można łatwo rozebrać. Podważając ząbki, które trzymają końcówki przewodu można łatwo zamienić je miejscami. W jednym tylko (na 6) przypadku nieumyślnie zetknąłem ze sobą + i – baterii, co nieco przypaliło jedno ze złącz, ale oprócz paru iskier nic poważnego baterii się nie stało. W każdym ogniwie zamieniłem więc miejscami + i -, aby współpracowały z ładowarką, o której piszę poniżej, oraz z KingKongiem. Kupując inne baterie z tym akurat wtykiem warto zwrócić uwagę na polaryzację, bo elektronika pali się tylko raz – najczęściej skutecznie.

Ze względu na dobrą cenę kupiłem od razu cały komplet. Z racji tego, że HobbyKing ma dodatkowe opłaty za przesyłkę, poszukałem przy okazji ładowarki, aby zamówić wszystko w jednej paczce. Upolowałem ładowarkę Turnigy Micro-6, która po podłączeniu do wydajnego źródła jest w stanie ładować 6 baterii na raz. Jedyną realną wadą jest relatywnie niski prąd, ponieważ 4 z 6 gniazd dostarczają 350mA, a dwa pozostałe – 500mA. Jest to grubo poniżej 1C, więc ładowanie ogniw może trwać do dwóch godzin. W zamian ładuje się 6 na raz, więc specjalnie mi to nie przeszkadza. Mam też pomiar bieżącego napięcia każdej z podłączonych baterii oraz ich niezależne ładowanie. Urządzenie samo decyduje, kiedy zakończyć dostarczanie prądu do każdego z ogniw osobno. Możemy w dowolnym momencie podłączyć rozładowaną baterię i mieć pewność, że nie przeładujemy pozostałych.

Podsumowanie

Na koniec, jak zawsze, należy sobie zadać pytanie, czy KingKong Q100 jest wart swojej ceny. W moim odczuciu – jak najbardziej! W cenie nieco ponad 250 zł otrzymałem quadrocopter, którym mogę ćwiczyć latanie FPV wszędzie tam, gdzie większy model stanowi ryzyko dla otoczenia. KingKong pokazał, że jest wytrzymały i wszystkie upadki zniósł bardzo dzielnie. Od początku nie wymieniłem żadnego śmigła – czasem tylko spadają po upadku, ale nie pękają, a rama i kadłub są na tyle lekkie i elastyczne, że również nie poddały się upadkom. Jedyna rzecz, do której realnie mogę się doczepić to brak ładowarki i wypadające nóżki, o czym pisałem wcześniej. Ponadto sprzęt spełnił wszystkie moje oczekiwania i uważam, że bije na głowę sprzęt Eachine, który w moim odbiorze był dużo mniej dopracowany. Mój entuzjazm wobec tego sprzętu popycha go ku najwyższej ocenie, ale uczciwie będzie ściąć pół punktu za wspomniane wyżej wady. Do koptera należy tylko dokupić ładowarkę (na początek ta na USB za paręnaście złotych wystarczy) oraz dodatkowe baterie, bo na pewno się przydadzą 🙂
Jeśli chcecie ćwiczyć latanie FPV w zaciszu własnego domu, chcecie zorganizować mini wyścigi na sali, czy po prostu potrzebujecie pełnoprawnego (choć małego) modelu wyścigowego, który będzie sporo tańszy w eksploatacji – mogę z czystym sercem polecić Q100!

Ocena 4Śmigła.pl: 4.5 / 5 grade_1grade_1grade_1grade_1grade_1_2

Kup: Banggood – KingKong Q100

%d bloggers like this: