Modyfikacja aparatury Taranis X9D

Nowe, lepsze, poprawione wersje sprzętu do latania wychodzą na tyle szybko, że w zasadzie nie da się mieć wszystkich najnowszych zabawek. Pokusy z kolei czają się na każdym kroku, a sklepy zarzucają nas mailami. Pewien czas temu dostałem mail z Horus RC z Taranisem SE w edycji MrSteela. Nie powiem, aparatura może się podobać. Ciemny granat, czarne wykończenie wszystkich elementów, łącznie z nakładkami na manipulatory, odkręcana antena, podstawka, antypoślizgowe nakładki na bokach, czy manipulatory M9 z czujnikami Halla. Mimo, że moja aparatura trzyma się dobrze, to przez chwilę miałem pokusę jej wymiany na poprawiony model. Oparłem się jej jednak i stwierdziłem, że po prostu sam spersonalizuję swojego Taranisa. W sieci są wszystkie części potrzebne do wykończenia sprzętu wedle naszego upodobania i preferencji kolorystycznych. Nie tylko więc można oszczędzić pieniądze, ale przy okazji czegoś się nauczyć i mieć sprzęt, jakiego nie ma nikt inny. Przed południem wziąłem śrubokręt w dłoń i zabrałem się za rozbieranie aparatury.

Taranisa odświeżyłem i zmieniłem na parę sposobów:

1) Zrobiłem tzw. 5 dBi mod, czyli wymieniłem fabryczną antenę na złącze z gniazdem RP-SMA i do niego przykręciłem antenę 5dBi, aby zwiększyć zasięg aparatury: Banggood – antena 5dBi + złącze RP-SMA
2) Wymieniłem manipulatory na M9 z czujnikami Halla: Banggood – manipulatory M9 Hall Sensor
3) Przemalowałem obudowę aparatury używając farby w spreju i lakieru matowego.
4) Założyłem silikonowe osłony na przełączniki: Banggood – osłony na przełączniki
5) Nakleiłem antypoślizgowe nakładki z boku aparatury: Banggood – antypoślizgowe nakładki na boki aparatury
6) Przykręciłem aluminiową podstawkę z tyłu aparatury: Banggood – aluminiowa podstawka

Zdjęcie gotowej aparatury było na początku artykułu, więc teraz zanurzmy się w szczegóły tych operacji, a potem ocenimy co się udało i jak wyszło. Do roboty!

Rozkładanie obudowy

Rozbieranie aparatury nie jest specjalnie trudne. Polecam zacząć od wypięcia i wyjęcia baterii. Następnie musimy odkręcić 6 śrub, które łączą obie części obudowy.

Tył aparatury z otworami na 6 śrub. Zdjęcie już po modyfikacjach, bo zapomniałem go zrobić przy demontażu.

Jedynym, co może wciąż trzymać oba elementy są nakrętki od dwóch przełączników z przodu. Do ich odkręcania są specjalne klucze, ale można też z jednej strony złapać je płaskim śrubokrętem.

Po ich demontażu, obudowy powinny się rozejść. Nie należy ich od siebie odciągać, a odchylić wzdłuż dolnej krawędzi. Przebiegają tamtędy taśmy, które łączą przednią płytkę z tylną.

Należy je delikatnie wypiąć i nie stosować w tym przypadku siły. Gniazda, w których są osadzone rozpina się poprzez odciągnięcie tej jasnej blokady biegnącej wzdłuż gniazda. Ja zrobiłem to poprzez popychanie jej raz z jednej, raz z drugiej strony końcem śrubokręta, aż do momentu, w którym nie chciała się przesunąć dalej.

Korzystając ze śrubokręta delikatnie luzujemy zacisk, który trzyma taśmę.

Tak wygląda zatrzask już po otwarciu. Teraz można wyciągnąć taśmę bez przeszkód.

W trakcie wypinania taśm. Wystarczy to zrobić tylko z jednej strony – na głównej płycie leżącej pod wyświetlaczem.

Po wyjęciu obu taśm możemy już rozłączyć obie części aparatury.

5 dBi mod

Tematem zysku anteny zajmiemy się może przy okazji, więc krótko tylko powiem, że można zwiększyć zasięg sterowania poprzez wymianę oryginalnej na inny model. Większy dystans na jakim wciąż będziemy mieli kontakt z modelem okupiony jest większą kierunkowością anteny. Oznacza to, że możemy latać dalej, ale jednocześnie musimy pilnować, żeby antena była odpowiednio skierowana w stronę modelu, bo o ile znajdzie się on przed aparaturą, będzie wszystko dobrze, o tyle obok, czy za nią, przy odpowiednio dużej odległości parametry będą gorsze, niż na antenie oryginalnej. Jeśli wiemy, co robimy, to taka zmiana jak najbardziej ma sens, natomiast należy to wykonywać ostrożnie, ponieważ pola lutownicze nie są duże, a ich oderwanie będzie od nas wymagało wymiany całej płyty głównej.

Zacznijmy od tego, że końcówka przewodu anteny jest przylutowana bezpośrednio do nadajnika. Następnie całość przykryto klejem na gorąco, który sprawia, że naprężenia i obciążenia związane z ruchem anteny nie przekładają się bezpośrednio na luty, które mogłyby się w końcu ukruszyć, albo zostać wyrwane z samej płytki.

Klej na gorąco po zaschnięciu staje się monolityczny i przy odrobinie siły da się go zerwać z powierzchni płytki. Należy delikatnie go podważyć i sukcesywnie odrywać. Nie polecam się spieszyć, ponieważ chodzi o to, żeby nie zerwać go razem z anteną i padami lutowniczymi.

Po jego usunięciu możemy delikatnie wylutować antenę. Polecam zacząć od końcówki (gorącej żyły), która jest mniejsza i nie chcemy, żeby antena całym ciężarem na niej wisiała, gdy wylutujemy kołnierz. Z drugiej strony przy bardzo sztywnym lutowaniu, odgięcie króciutkiej końcówki anteny może być trudne, więc ja sam zacząłem od izolacji (pole lutownicze po prawej). Uważałem przy tym, aby antena nie była napięta i nie wyrwała miejsca, gdzie przylutowana była żyła gorąca.

Po wylutowaniu, możemy wyciągnąć antenę z mocowania. Wystarczy ją nieco ścisnąć w miejscu, gdzie wchodzi w otwór w aparaturze. Powinna dać się wtedy łatwo wysunąć wraz z przewodem.

Musimy teraz przylutować nowy przewód antenowy zakończony złączem RP-SMA. Ja zacząłem od umieszczenia końcówki w otworze po antenie. Szybko przekonamy się, że niestety otwór jest zbyt szeroki i całość nie będzie chciała się trzymać w jednym miejscu. W tej chwili nie będziemy się tym przejmować.

Przylutujmy nowe złącze antenowe. Zaczniemy od izolacji, która będzie lepiej trzymała oraz jest łatwiejsza w lutowaniu ze względu na dużą powierzchnię padu, z którym ją łączymy. Z racji tego, że nie zaczynamy od gorącej żyły, musimy podczas lutowania postarać się o to, żeby końcówka przewodu znalazła się zaraz nad właściwym polem lutowniczym. Chodzi o to, że po zamocowaniu części izolacji, całość będzie sztywna i jej szarpanie na niewiele się zda, dlatego pilnujemy, aby przylutowanie gorącej żyły wymagało jedynie zetknięcia obu punktów lutownicą, z użyciem niewielkiej ilości cyny.

Kolejnym elementem jest przylutowanie drugiej części anteny, czyli właśnie gorącej żyły. Musimy pamiętać, że pole lutownicze jest małe, więc nie potrzebujemy zbyt wysokiej temperatury i staramy się go nie przegrzać, aby nie odkleiło się od płytki. Najlepiej jest to zrobić jednym i szybkim pociągnięciem, dlatego odrobina doświadczenia w lutowaniu zdecydowanie się przyda. Patrzmy też uważnie na to, czy nie zwarliśmy przypadkiem obu części anteny. Pomiędzy polami lutowniczymi powinna być widoczna wyraźna przestrzeń.
Przy okazji zwróćcie uwagę, że puściłem antenę za jednym ze słupków w aparaturze. Wykorzystamy to później, aby zmniejszyć przenoszące się na nią mechaniczne naprężenia.

Przechodzimy teraz do zabezpieczenia naszej anteny przed wyrwaniem. Pierwszy krok to położenie kleju na gorąco na PCB w miejscu, w którym lutowaliśmy. Nie musimy go specjalnie żałować. Im większą powierzchnią połączy się z płytką, tym lepiej. U mnie wyszło to mniej więcej tak:

Teraz nieco trudniejsza część. Musimy wkleić gniazdo. Powinno ono wystawać z aparatury na tyle, żeby swobodnie dało się wkręcić zewnętrzną antenę. Metalowy pierścień powinien się nam zlicować z plastikiem.

Od wewnątrz musimy nałożyć tyle kleju, aby trzymał on gniazdo w jednym miejscu. Ja używałem kleju na gorąco, ale w grę wchodzi też żywica epoksydowa. Chodzi o to, żeby pojawiło się sztywne wypełnienie, które zajmie całą przestrzeń pomiędzy gniazdem, a obudową. Klej na gorąco da się w razie czego usunąć po zastygnięciu i zacząć jeszcze raz, jeśli okaże się, że złącze leży krzywo, lub nie tak, jak chcieliśmy. U mnie od wewnątrz wygląda to następująco.

Ostatnim krokiem, który widzieliśmy już na poprzednim zdjęciu, było położenie kleju, który przymocował środek anteny do słupka. Po pierwsze chodziło o to, aby żadna jej część nie była luźna, a po drugie, jest to dodatkowy punkt, którzy przejmie siły w przypadku, gdyby puściło główne mocowanie końcówki RP-SMA. Chodzi o to, żeby obciążenia nie przełożyły się na miejsce lutowania anteny do PCB. Tak zamocowany przewód antenowy powinien być całkowicie nieruchomy, a gdyby nawet zdarzyło nam się uszkodzić punkt, w którym wkręciliśmy antenę, to i tak niwelujemy szansę uszkodzenia samego miejsca lutowania, które byłoby w zasadzie nienaprawialne.

Pozostaje nam tylko wkręcić antenę i gotowe!

Malowanie obudowy od aparatury

Aby pomalować obudowę, musimy wyjąć z niej całą elektronikę. Jest to proces czasochłonny, a liczba elementów, które zdemontujemy i odłączymy robi wrażenie. Na szczęście producent przewidział przewody o takich długościach, że na ogół nie będziemy mieli większych wątpliwości, co z czym z powrotem połączyć.

Zacznijmy na razie od odłączenia wszystkich wtyczek z dolnej PCB, która jest połączona z wyświetlaczem. Jeden długi przewód z rdzeniem ferrytowym i białymi przewodami możemy swobodnie wypiąć. Odróżnia się od innych, więc nie będzie z nim problemu.

Następnie odepnijmy wszystkie cztery wtyczki w górnej części płytki. Są one połaczone opaskami i biegną w charakterystyczny sposób. Tych również specjalnie nie oznaczałem, ale jeśli chcecie to można je oznakować zgodnie z kolejnością. Dwa skrajne gniazda służą do podpinania manipulatorów, więc z nimi nie będziemy mieli większych problemów.

Nie wypinajmy natomiast dolnej taśmy, która łączy płytkę z wyświetlaczem. Ja to zrobiłem, jak się okazało, niepotrzebnie. Należy tylko pamiętać, że będziemy wyciągali całość razem.

Właściwą płytkę wyciągamy odkręcając 5 śrubek, które mocują ją na rogach i jedną pośrodku, u góry.

Całość starannie odłóżmy na bok. Przy okazji zostawmy sobie śrubki montażowe gdzieś nieopodal. Uwaga też na wyświetlacz ciekłokrystaliczny.

Zajmijmy się teraz wyjmowaniem przełączników w górnej części aparatury. Zacznijmy od potencjometrów. Plastikowe nakładki są wyłącznie wsunięte, więc wystarczy tylko je pociągnąć. Gałki składają się z dwóch elementów – zewnętrznego – czarnego, oraz kremowej wkładki, która pozwala nimi obracać. Podczas zdejmowania elementu może się zdarzyć, że wewnętrzny element zostanie na potencjometrze. Zdejmijmy go wtedy i włóżmy go z powrotem wewnątrz pokrętła.

Jedną z gałek udało się ściągnąć całkowicie

Po drugiej stronie plastikowa wkładka została i trzeba było ją ściągnąć osobno

Demontaż przełączników nie jest specjalnie skomplikowany. Trzymają się one na metalowych nakrętkach, które widoczne były na zdjęciach powyżej. Każda z nakrętek ma symetryczne nacięcie i jak się okazuje, są specjalne klucze do ich odkręcania. Z uwagi na to, że nie robię tego często, oczywiście takowego nie miałem, więc użyłem płaskiego śrubokręta. Wystarczy go zahaczyć w jednym z nacięć i zacząć obracać nakrętkę. Po jej poluzowaniu można ją dalej odkręcić palcami. Po zdjęciu nakrętki wystarczy tylko wyciągnąć przełącznik przez otwór.

Metalowe nakrętki z nacięciami trzymające potencjometr i przełączniki

Warto jeszcze zauważyć, że przełączniki, które znajdowały się na przednim panelu aparatury możemy zdemontować nawet ręką. Z uwagi na to, że trzymają się wyłącznie poprzez ściskanie obu części obudowy, gdy zdejmiemy dół, będą one obejmować ją już tylko w połowie. Nie trzeba więc w całości zdejmować nakrętki, która trzyma tenże przełącznik. Jednocześnie, przed powtórnym montażem zwróćmy uwagę na plastikowy krążek, który dociska przełącznik do obudowy z drugiej strony. Przy skręcaniu ułóżmy go od wewnątrz. Nakrętkę możemy dokręcić już po połączeniu obu części obudowy.

Przełączniki na przedniej ścianie aparatury są mocowane nieco inaczej niż pozostałe. Zwróćmy uwagę na czarny, plastikowy krążek, który stanowi docisk wewnątrz otworu w aparaturze.

Trwający demontaż poszczególnych przełączników

Przełączniki nie są w żaden sposób oznaczone, a pomylenie ich kolejności przy montażu jest niezwykle łatwe. Wykorzystałem więc prostą metodę. Wziąłem taśmę malarską po której da się pisać i wyjmjując kolejne elementy oklejałem je taśmą podpisując przy okazji ich nazwy. Oczywiście określenia brałem z obudowy aparatury, gdzie każdy z przełączników ma swoją nazwę.

Kto by pomyślał, że się akurat przyda!

Przy składaniu wystarczy tylko zobaczyć, gdzie na aparaturze jest odpowiedni podpis i włóżyć w to miejsce dany przełącznik – nie ma szans na pomyłkę

W trakcie demontażu przełączników

Już prawie!

Z uwagi na to, że przewody od przełączników wchodzą do wspólnych większych wiązek, najpierw wszystko rozmontowałem nie rozpinając żadnych dodatkowych gniazd.

Po demontażu przełączników w środku zaczyna się robić ciekawie!

W moim przypadku następnym krokiem było wykręcenie śrubek trzymających manipulatory. Są cztery i znajdziemy je po wierzchniej stronie aparatury.

Łebki czterech śrub trzymających manipulatory.

Po demontażu śrubek manipulator będzie luźny – można go już zacząć wyjmować. Jest on podłączony w sumie 3 przewodami wewnątrz aparatury. Dwa z nich idą do przełączników do trymowania, zaś ostatni wpinamy do głównej płyty. W zasadzie bardzo trudno się pomylić. Wymieniając manipulator będziemy musieli odpiąć wtyczki takżę od przełączników do trymowania. W moim przypadku już wcześniej miałem zamocowane M9 z czujnikiem Halla, więc oznaczyłem płytki literą oznaczającą prawy (R) lub lewy (L) oraz kierunek trymowania (góra-dół, lub lewo-prawo).

Płytki od przełączników trzymają się, każda na dwóch śrubkach, które musimy odkręcić. Polecam oznaczyć sobie także ich kierunki.

Demontaż manipulatorów jest jedną z prostszych rzeczy, które przyjdzie nam zrobić. Po ich wyjęciu wymiana na te z czujnikiem Halla to już formalność.

W dalszej części wpisu wyjaśniam jeszcze i pokazuję schemat połączeń manipulatorów, aby ich wymiana nie nastręczała żadnych trudności. W tej chwili jednak skupmy się na samym rozebraniu aparatury i przygotowaniu jej do malowania. Nowe manipulatory włożymy podczas składania aparatury z powrotem.

Po wyjęciu płytek od trymerów, możemy od razu wytrząsnąć z obudowy także plastikowe kołyski. Opierały się one wyłącznie na dwóch śrubkach, które wcześniej wykręciliśmy, więc z ich wyjęciem nie będzie problemu. Nie musimy ich dodatkowo opisywać – wszystkie są identyczne.

Plastikowe kołyski, których używamy przy trymowaniu. Przed malowaniem musimy je oczywiście wyjąć.

Powoli zaczynamy porządkować bałagan, który zrobiliśmy wewnątrz. Po wyjęciu manipulatorów powinno się pojawić nieco więcej „powietrza”. Wypnijmy teraz wtyczkę, która była podłączona do płytki pośrodku, mającej między innymi włącznik.

Niewielka płytka pod którą znajduje się włącznik aparatury i nakrętka, która trzyma uchwyt na smycz.

Pora teraz powyjmować wszystkie wiązki kablowe. Większość jest ze sobą połączona za pomocą opasek zaciskowych. Te nie są maksymalnie ściśnięte, więc dają się zsunąć ze słupków wokół których je zamocowano.

Nie musimy rozcinać żadnych opasek zaciskowych trzymających razem przewody. Zostawienie ich wręcz ułatwi nam powtórny montaż, bo po pierwsze porządkuje i grupuje kable, a ponadto sygnalizuje, że były one zahaczone o jeden ze słupków, dzięki czemu łatwiej odtworzymy, którędy przebiegały.

Samą płytkę zdemontujemy odkręcając cztery śrubki, które ją trzymają. Wcześniej warto odłączyć przewód od głośniczka. uważmy też, że w międzyczasie niewiele już w środku aparatury pozostało.

Niedługo będzie można się zabrać za malowanie!

Kolejne 4 śrubki do odkręcenia. Do płytki podłączony jest też buzzer – musimy go odpiąć.

Warto porozkładać sobie części grupami, gdyż w ten sposób łatwiej nam będzie odtworzyć, co i jak poskładać z powrotem.

Wyjmijmy z obudowy teraz suwany włącznik, a także odkręćmy nakrętkę, która trzyma uchwyt na smycz. Przyda się klucz nasadowy.

Mając problemy z odkręceniem nakrętki, możemy także obrócić sam uchwyt, gdyż jest on spojony z gwintem śruby.

Głośniczek jest trzymany przez plastikową poprzeczkę, która została wklejona. Na szczęście nie jest to mocny klej i powinno nam się udać ściągnąć ją po prostu lekko podważając ją od spodu. W tym kroku warto uważać, bo słupki, na których się ona trzyma nie są zbyt grube, a jak je połamiemy to ich wklejanie nie będzie już takie proste.

Poprzeczka trzymająca głośnik.

Po zdjęciu poprzeczki.

Przez to urządzenie aparatura z nami „gada”. Piankowa taśma powoduje, że więcej dźwięku wydostaje się na zewnątrz.

Ostatnim elementem do demontażu są plastikowe przyciski, które znajdują się po obu stronach ekranu. One również zostały wklejone w podobny sposób, jak poprzeczka od głośnika. Przy ponownym montażu wkleimy je z powrotem. Póki co jednak, postarajmy się je zdjąć tak samo, jak resztę. Ja złapałem delikatnie za uszko, które założono na słupek i po prostu ściągnąłem element. Co najmniej w jednym przypadku całość trzymała się na wcisk, nawet bez kleju.

Ostatni krok to demontaż plastikowych przycisków obok wyświetlacza.

Teraz następuje wreszcie najciekawsza część całego procesu. Musimy zakleić wszystkie otwory, aby farba nie dostała się do środka.

Po raz kolejny wykorzystujemy taśmę malarską – tym razem zaklejamy wszystkie otwory.

Zaślepianie wszystkich otworów to niestety najbardziej żmudna część procesu. Jednocześnie musimy to zrobić bardzo dokładnie, gdyż od tego będzie zależał efekt końcowy malowania.

Taśmy nie należy żałować i przyklejać ją bardzo dokładnie. Chodzi o to, żeby nie zostały żadne szpary i otwory. Niestety wymaga to czasu i cierpliwości, ale bardzo uprości nam pracę później.
Następnym krokiem jest zaklejanie wszystkich elementów, których nie chcemy pomalować, tym razem z zewnątrz. Podstawa to naklejki oraz szybka. Te pierwsze możemy zdjąć, jeśli wolimy je później przykleić. Ja zdecydowałem się je zamaskować. Na szczęście wszystkie te elementy mają wokół delikatne zagłębienia, w które możemy wcisnąć krawędzie taśmy. Z zewnątrz proponuję stosować parę warstw, szczególnie tam, gdzie jest przeźroczysta szybka od wyświetlacza, gdyż wiele warstw farby może przeciec przez taśmę, a wtedy doczyszczenie go będzie niezwykle trudne.

Taśmę po naklejeniu delikatnie wyrównywałem i wycinałem nożykiem modelarskim. Ważne aby ciąć taśmę, ale w ramach możliwości nie porysować zaklejanych elementów.

Możemy wreszcie przystąpić do malowania. Niektórzy skusiliby się na szlifowanie starej farby, ale ja okazałem się zbyt leniwy. Procedura jest następująca. Najpierw położymy parę warstw podkładu, na który napylimy farbę. Całość przykryjemy lakierem matowym w celu zabezpieczenia. Z komentarzy na Facebooku i Instagramie dowiedziałem się, że nie jest to najbardziej profesjonalna forma, jaką można sobie wyobrazić i za długo się nie utrzyma, ale odpukać – od pół roku farba się trzyma. Do malowania użyłem ogólnodostępnych farb w sprayu kupionych w markecie budowlanym.

Nie jestem ekspertem od malowania, więc robiłem to tak, jak umiałem. Starałem się nie zrobić zacieków, wobec czego kładłem jedną warstwę o tyle, o ile, czekałem aż wyschnie i napylałem następną. Patrzyłem na miejsca, których nie wypełniłem i przy następnym spryskiwaniu starałem się je wypełnić tak, aby na końcu mieć w miarę jednolite pokrycie.

Aparatura potraktowana podkładem. Położyłem parę warstw, aby mieć jednolite krycie.

Podkład sprawia, że farba lepiej się trzyma. Następny krok to nałożenie właściwego koloru. Ja wybrałem jedyny właściwy, czyli niebieski w odcieniu signal blue. Z kładzeniem farby było podobnie, jak z podkładem. Długimi pociągnięciami z odległości parunastu centymetrów starałem się napylić farbę tak, aby nie pozostawić zacieków. Takie porobiłyby się, gdybym puszkę trzymał za blisko, albo próbował za wszelką cenę wypełnić wszystkie zagięcia kolorem. W zamian starałem się położyć cienką warstwę, czekałem aż wyschnie, patrzyłem, gdzie jeszcze brakuje farby i zmieniałem kąt pod jakim kładłem kolor, aby spray trafił i wypełnił brakujące miejsce.

Po położeniu pierwszej warstwy.

Widać wyraźnie, że pierwsza warstwa nie wypełniła wszystkich miejsc.

Malowanie wyłącznie od góry nie pokryje bocznych ścianek obudowy. Trzeba zmienić kąt i kolejną warstwę kłaść, aby wypełnić to, czego wcześniej nam się nie udało.

Nie pamiętam, ile finalnie warstw położyłem, ale myślę, że co najmniej 5. Generalnie nie ograniczałem się zanadto, gdyż grubsza warstwa farby powoduje, że przez drobne zadrapania nie będzie przebijał oryginalny kolor albo podkład.

Po położeniu wszystkich warstw farby aparatura zdawała się pokryta kolorem jednolicie, tyle że barwa była zupełnie inna niż oczekiwałem.

Aparatura po malowaniu prezentowała się inaczej, niż sobie ją wyobrażałem, ponieważ odcień farby odbiegał od tego, co myślałem, że kupuję. W tym momencie nie było już natomiast miejsca na narzekanie, bo kolor był położony. Miałem nadzieję, że matowy lakier, który kupiłem, wpłynie nieco na ostateczny efekt.
Kładzenie tego ostatniego też wymagało nieco przemyślenia, ponieważ napryskanie zbyt dużej ilości powodowało, że w zagłębieniach zbijał się on w mleczno-białe kropelki. Lakierowanie obudowy było więc podobnie czasochłonne, ponieważ poprzednie warstwy musiały wyschnąć, i wymagało cierpliwości. Na szczęście wspomniana wcześniej barwa lakieru zanikała wraz z tym, jak schnął.

Po położeniu lakieru kolor znacząco się zmienił. Na szczęście jak najbardziej na plus.

Wygląda całkiem nieźle! Teraz tylko trzeba złożyć wszystko z powrotem…

Poniżej prezentuję parę zdjęć, które pokazują z bliska, jak wyszło malowanie. Naklejki, mimo iż zabezpieczone taśmą, noszą ślady malowania i jej późniejszego zdejmowania, ale nic specjalnie znaczącego. Prawie idealnie wyszły natomiast krawędzie plastikowej szybki, która chroni wyświetlacz.

Widać lekko niedomalowaną krawędź, przy przycisku do trymowania.

Poszarpane krawędzie naklejki.

Zdzieranie taśmy i nacinanie jej krawędzi przed malowaniem zostawiło ślady. Można było odkleić nalepki w całości.

Po prawej stronie jest podobnie.

Minimalne ślady na krawędziach szybki.

A tutaj prawie idealnie.

Mimo szczelnego, zdawałoby się, obklejenia od wewnątrz otworów w obudowie, pozostały pewne drobne ślady. Najważniejsze jednak, że szybka u dołu obudowy pozostała całkowicie czysta.

Wokół wycięć na manipulatory widać ślady farby, która mimo obklejenia otworu taśmą, dostała się pod spód.

Wymiana manipulatorów

Z uwagi na to, że i tak wyjęliśmy wszystkie elementy aparatury, przy ponownym jej składaniu możemy przy okazji włożyć nowe, z czujnikami Halla. Nie mają one potencjometrów, które z czasem mogą tracić dokładność, jak również są dodatkowym elementem mechanicznym. Tutaj pomiar wychylenia realizują czujniki pola magnetycznego (Halla), całość jest nieco dokładniejsza i bardziej niezawodna.
Wiemy już jak wykręcić manipulatory. Jeśli chodzi o ich podłączanie, wymagają wyłącznie 3 wtyczek, których nie da się pomylić. Jedna główna wiązka wchodzi do najszerszego gniazda poniżej manipulatora. Z długiej wtyczki wychodzą mniejsze 2, po 3 przewody każda – podłączamy je do gniazd przy przyciskach do trymowania. Tutaj nie powinnismy mieć wątpliwości, z uwagi na to, że obie wiązki mają inną długość. Tej od trymów poziomych nie dociągniemy do dalszego gniazda, więc podłączanie nie budzi wątpliwości.

Strzałki pokazują wszystkie 3 wtyczki, które musimy wpiąć (lewy manipulator).

Jedynym co można zrobić, to spięcie opaską zaciskową obu wiązek przewodów wychodzacych od czujników Halla. Chodzi o to, aby po złożeniu aparatury nie biegły one możliwie pod manipulatorem i się o niego nie zahaczyły. Na zdjęciach widać, że odsuwałem je na bok, na tyle ile się da. 

Strzałki pokazują wszystkie 3 wtyczki, które musimy wpiąć (prawy manipulator)

Schemat połączeń wewnątrz aparatury – do wglądu

Przy składaniu z powrotem, mogą pojawić się wątpliwości, co miało być z czym połączone, którędy mają biec przewody i tak dalej. Zostawiam więc do wglądu zdjęcia pokazujące złożoną już z powrotem aparaturę z przewodami pociągniętymi tak, jak to było fabrycznie.

Silikonowe nakładki na przełączniki

Metalowe, srebrne przełaczniki mogą nam się nie komponować z resztą aparatury, więc w celu zmiany ich wyglądu, można na nie nałożyć elastyczne nakładki. Po zakupie mogą one nam wydawać się zbyt cienkie, ale są na tyle elastyczne, że spokojnie daje się je wsunąć na manipulator. Niektóre z nich musiałem przyciąć, ponieważ były za długie. Chodzi o to, aby zdecydowana większość manipulatora została zakryta.

Przełączniki wyglądają zdecydowanie lepiej z nakładkami.

Oprócz efektu wizualnego, „ubranie” przełączników daje także pewniejsze oparcie palców. Nakładki powodują, że całość jest nieco przyjemniejsza w dotyku, ale również, podobnie jak guma, gwarantuje, że opuszki nie ześlizgną się nam podczas przełączania trybów. Moim zdaniem niewielkim kosztem można poprawić efekt zarówno wizualny, jak i komfort użytkowania.

Całość komponuje się przyzwoicie z wybranym kolorem obudowy.

Antypoślizgowe naklejki

Taranis X9D w moim odczuciu pewnie leży w rękach i ryzyko, że nam się wyślizgnie jest niewielkie. Tym niemniej, można okleić spód i boki rodzajem cienkiej pianki, która ma działać antypoślizgowo i dawać przyjemniejszy chwyt. Dostajemy ją w postaci przyciętych już naklejek, które w odpowiedni sposób przyklejamy do aparatury. Do wyboru są różne kolory – ja wybrałem ten, będący najbliżej docelowej barwy, świeżo malowanej, obudowy. Oczywiście odcienie są drastycznie inne, ale to i tak najlepsze, co dało się zrobić. W mojej ocenie niewiele to tak uczciwie zmieniło. Pianka nie jest najwyższej jakości. Owszem, jest miękka, ale nie ma żadnej faktury, która czyniłaby ją antypoślizgową. Mimo to, jej cena nie odstrasza, więc stwierdziłem, że nie zaszkodzi, a zawsze można się jej pozbyć, jeśli nam się nie spodoba.

Przyklejając naklejkę z boku, blokujemy sobie możliwość otwarcia aparatury bez jej uprzedniego zerwania, więc warto wpierw zrobić wszystkie modyfikacje.

Naklejka jest przycięta w taki sposób, że wchodzi idealnie pomiędzy wybrzuszenia w tylnej części aparatury.

Aluminiowa podstawka

Aparatura jest w stanie stać w pionie, ale jest to dość chwiejna pozycja – łatwo, by się przewróciła. Z kolei jeśli zamocujemy jakiś dodatkowy moduł z tyłu, trudniej będzie położyć ją płasko. Dodatkowo, nie ma bezpiecznej pozycji, w której możemy bezpiecznie podłączyć przewód USB z tyłu. Jeśli aparatura będzie w pionie – może się na niego przewrócić. Gdy ją położymy, cały ciężar spocznie na nim. Niegłupim pomysłem jest więc zakup podstawki, którą przykręcamy do metalowego uchwytu z tyłu.

Dzięki podpórce, możemy aparaturę postawić pod lekkim kątem i będzie to bardzo stabilne oparcie.

Montaż jest bardzo prosty. Odkręcamy śrubki, które trzymają górną część obejmy i po nałożeniu na metalowy uchwyt aparatury, po prostu dokręcamy je z powrotem.

Śrubki, które trzymają podstawkę na metalowym uchwycie z tyłu aparatury.

To, jak luźno będzie się odchylała podstawka, zależy od tego, jak mocno dokręcimy obie śrubki. Całość opiera się wyłącznie na tarciu, więc polecam zrobić to z wyczuciem i sprawdzić, czy podstawka nie „lata”, ale też jej uchylenie nie wymaga zbyt wiele siły.

Efekt finalny

Po zakończeniu pracy przychodzi czas na podziwianie finalnego efektu. Czy mimo niedociągnięć jestem zadowolony z finalnego efektu? Tak, bardzo! Niewielkim kosztem stworzyłem swój własny, unikalny wygląd Taranisa. Może nie wygląda tak, jak fabryczny w wersji Special Edition, albo Mr Steele Edition, ale nie dość, że trochę się przy tym nauczyłem, to jeszcze uzyskałem efekt, który przynajmniej dla mnie – jest przyjemniejszy dla oka. Oczywiście o gustach się nie dyskutuje i z pewnością niektórzy nie podzielają mojego entuzjazmu, ale cały urok takich przeróbek polega na tym, że każdy może wybrać sobie takie kolory i elementy, jakie mu najbardziej pasują.

Po czasie

Aparaturę eksploatuję po malowaniu już jakieś pół roku. Niezbyt intensywnie, ale też nie chucham na nią i nie dmucham. Oceniam, że całość trzyma się naprawdę nieźle i jestem zadowolony z efektu. Oczywiście nie obeszło się bez śladów eksploatacji. Drobne odpryski, czy zabrudzenia są nieuniknione, ale dopóki patrzenie na sprzęt i to jak się prezentuje, sprawia mi przyjemność – nie ma się czym przejmować!

Delikatny odprysk lakieru i farby na aparaturze.

Krawędzie aparatury są najbardziej narażone na wszelkie zadrapania i uszkodzenia.

Tego typu uszkodzenia są trudne do uniknięcia. Może gdybym wpierw zdjął lakier byłoby lepiej, ale pytanie, czy poświęcony czas byłby tego wart.

Proces personalizacji Taranisa zajął mi raptem dzień. Oczywiście z przerwami, ponieważ malowanie i lakierowanie wymagało odczekania, aż poprzednia warstwa wyschnie, ale jak na taką operację to myślę, że poszło szybko. Przy okazji dowiedziałem się, jak zbudowana jest moja aparatura, jak ją w razie czego naprawić i co, i jak da się w niej zmienić. No i najważniejsze – mam teraz sprzęt, który wygląda tak, jak sobie wymarzyłem i przy okazji z dużą dozą pewności mogę powiedzieć, że nikt takiego nie posiada. Czy trzeba cokolwiek dodawać?

Uwielbiam patrzeć na tę aparaturę! Kiedy tak leży, przypomina mi, jak bardzo lubię to hobby!

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę dużo odwagi we własnych przeróbkach i adaptacjach! Naprawdę warto!

%d bloggers like this: