I Tobie się to przytrafi!

Okazuje się, że doświadczenie wspinaczkowe i regularne wizyty na siłowni mogą się na coś przydać! Prędzej czy później podejmiecie ryzyko lotu nad drzewami. Prędzej czy później ten manewr Wam się nie uda. Niektórym kopter pod własnym ciężarem spadnie na ziemię. Większości uda się wyplątać z gałęzi kręcąc śmigłami i skończy się na podniesionym chwilowo ciśnieniu. I wreszcie przytrafi się Wam to, co mnie ostatnio. Kopter tam zostanie i próba wyplątania się z pułapki spełznie albo na spalonych ESC, albo po prostu połamiecie śmigła, albo jemu jako takiemu nic się nie stanie, ale wciąż będzie „nieco” wyżej, niż byście planowali. No właśnie.

Korzystając ze zmiany czasu i tego, że po pracy można jeszcze swobodnie zabrać kopter na oblot, zdecydowałem się wyskoczyć do parku nieopodal i poprawić nieco PIDy Kissa, co się nie udało; oraz pobawić się we Freestyle, co udało się częściowo. Wszystko szło dobrze do momentu, w którym po jednym z powerloopów (pionowa pętla) chciałem się minąć z koroną drzewa, ale niestety o nią zahaczyłem. Moje latające setki złotych i wiele godzin pracy, wisiały teraz na gałęziach, wysoko nad ziemią. Pomyślałem, że szczęśliwie niedawno wrzuciłem najnowsze oprogramowanie na Kissa, które ma m.in. Turtle mode i z pewnością uda mi się pokręcić silnikami w każdą możliwą stronę, aż kopter się uwolni! No i spróbowałem!

Niestety gałąź weszła pomiędzy śmigło, a ramię koptera i w żaden sposób nie udawało się go uwolnić. Akurat to pechowe śmigło nie pękło i oprócz ścierania kory oraz próby spalenia ESC (choć Kissy wykazały się ogromną trwałością w tym zakresie – zabezpieczenie termiczne i prądowe faktycznie działa!), nic nie osiągnąłem.

I teraz – dwa rozwiązania, które uszczuplą nasz budżet, ale pomogą ściągnąć kopter. Pierwszym jest wynajęcie arborysty, czyli osoby, która zajmuje się drzewami, ich przycinaniem i pielęgnacją i wchodzenie na nie to dla niej nic nowego. Druga opcja to dzwonienie po podnośnik koszowy – pojazd musi jednak być w stanie wjechać w okolicę drzewa, aby ściągnąć nasz kopter. W przypadku niższych drzew możemy też na przykład wykorzystać parę połączonych ze sobą teleskopowo rurek PCV, które mogą pozwolić nam sięgnąć wyżej. Inna opcja to rzucanie linki z obciążnikiem i zahaczywszy o gałęzie – można spróbować pociągnąć i tym samym nimi potrząsnąć. Jest szansa, że kopter spadnie.

Niestety ja nie miałem żadnego z powyższych, dzwonienie przed zmrokiem było słabą opcją, więc oceniłem swoje szanse, układ gałęzi i po prostu rozpocząłem wspinaczkę. Było to dobrych parę metrów nad ziemią, ale też nie na tyle wysoko, żeby nazwać to skrajną głupotą. Ocenę pozostawiam postronnym. Siedząc wysoko na koronie pozwoliłem sobie strzelić jeszcze zdjęcie na pamiątkę, mimo łomoczącego serca i ogólnego zdenerwowania. Stwierdziłem, że będę miał jakiś dowód mojego wyczynu.

Fotka prawie ze szczytu drzewa. W tle spacerująca osoba – w końcu to park.

Potem pozostało już tylko zejść. Szczęśliwie trudno mówić o stratach – do wymiany były tylko dwa śmigła. Rama Chucky i elektronika upchana w środku okazały się naprawdę pancerne, więc szybko mogłem wrócić w powietrze. Co prawda już innego dnia, bo ten napełnił mnie wystarczającą liczbą emocji!

Mój plecak leżący pod drzewem, na które się wspinałem. Kopter był blisko szczytu.

Życzę Wam udanych i bezpiecznych lotów! No i oby Was takie przyjemności omijały, a kopter możliwie często jednak spadał na ziemię, a nie zostawał gdzieś wysoko! 🙂

%d bloggers like this: