Dlaczego należy kupić dobrą ładowarkę?

W ramach rekreacji postanowiłem polatać MJX Bugs 3, przy okazji wykorzystując to jako sposobność do uważniejszego przyjrzenia się temu modelowi oraz napisania fragmentu wpisu o jego zachowaniu w powietrzu. Nauczony doświadczeniem postanowiłem jednak najpierw sprawdzić, czy w końcu naładowałem mu baterię, czy też nie, bo już zdarzyło mi się wyjść polatać na rozładowanych pakietach i nie było to długie wyjście. Ogniwa od sprzętu testowego zawsze ładuję dostarczonymi ładowarkami, głównie po to, żeby sprawdzić, ile im ta operacja zajmuje. Dodatkowo do mojego Accucella 6 nie miałem przewodu zakończonego wtykiem XT-30, a taki używany jest w baterii od Bugs 3 – kolejny pretekst, żeby użyć ładowarki z zestawu. Kiedy podłączyłem baterię do miernika napięcia przeznaczonego m.in. do ogniw Li-Po, trochę się jednak zdziwiłem. Nie! Nie tym, że była naładowana!

Bateria od MJX Bugs 3 składa się z dwóch cel połączonych szeregowo (2S). Jak wiemy napięcie znamionowe każdej z nich to 3.7V, ale po naładowaniu powinny mieć 4.2V. Jeśli przemnożymy to razy 2 (ze względu na liczbę cel) to bateria po ładowaniu powinna mieć 8.4V. Wspomnianą baterię sprawdziłem miernikiem, który wykorzystuje złącze balansera do wyświetlania jej stanu – zarówno napięcia całkowitego, jak i dla poszczególnych cel. Okazało się, że ładowarka dołączona do Bugs 3 nie należy do najlepszego sprzętu na rynku. Po pełnym ładowaniu bateria trzymała napięcie 8.319V (2S), czyli jednak trochę za mało, ale znów – nie to było problemem.

Wybrałem podgląd napięcia każdej z cel z osobna i okazało się, że jedna z nich ma 4.224V – odrobinę za dużo, ale na drugiej jest z kolei 4.095V.

Spójrzmy jeszcze na różnicę napięć między celami. To ponad 0.13V – dużo. Akceptowalny zakres powinien się zmieścić pomiędzy 0.02-0.03V, czyli gdyby jedna cela miała 4.2V, to druga powinna mieć nie mniej niż 4.18V. Dodatkowo bateria jest niemalże nowa – ładowana była dotychczas dwukrotnie, więc nie jest to wynik jej degradacji związanej z użytkowaniem.

Okazuje się więc, że ładowarka z balanserem (!), która została dołączona do MJXa nie potrafi poprawnie wyrównać napięcia na poszczególnych celach, tylko cierpliwie ładuje, aż na jednej z nich pojawi się 4.2V (około) i kończy pracę. Z dwojga złego lepiej jest nie doładować jednej z cel, niż przeładować drugą, ale efekt wciąż nie jest zadowalający.

Żeby sprawdzić, czy winna jest ładowarka, czy to wada samej baterii (tak też się zdarza), podłączyłem ogniwo do Turnigy Accucell 6, której używam do wszystkich swoich pakietów i darzę ją zaufaniem. Po podłączeniu pokazała takie samo napięcie, jak zmierzone wspomnianym wyżej miernikiem. Coś jest na rzeczy. Wybrałem ładowanie z balansowaniem cel i ładowarka wzięła się do pracy!

Cała operacja trwała dużo dłużej niż myślałem. Prąd ładowania wyniósł poniżej 100mA – ładowarka pokazuje go z dokładnością do 0.1A, a cierpliwie wyświetlała 0.0, mimo to wciąż pracując. Niewykluczone, że urządzenie wykryło zbyt wysokie napięcie na jednej z cel i jednocześnie usiłowało ją rozładować oraz naładować drugą wykorzystując różnicę potencjału pomiędzy nimi. Nie znam się na tyle na wewnętrznej budowie ładowarek, aby rzetelnie to ocenić, więc na tym poprzestanę.

Istotne jest to, że po dobrych 40 minutach ładowarka skończyła pracę. Pora sprawdzić, co się zmieniło. Zacznijmy od końcowego napięcia.

8.385V, czyli lepiej niż było. Podkreślam, że ogniwo 2S po naładowaniu powinno docelowo mieć 8.4V, z czego lepiej, żeby napięcie nie przekraczało tego poziomu. Umówmy się, że ładowarka, ani bateria nie są doskonałe i wspomniany wynik jest bardzo dobry – raptem 0.015V. Obejrzyjmy teraz poszczególne cele.

Jak widać ładowarka Turnigy poprawiła pierwotny wynik znacząco. Jedna z cel ma 4.206V, druga zaś 4.179V. Warto jeszcze zmierzyć różnicę pomiędzy celami.

Jak można było łatwo policzyć, tym razem uzyskaliśmy raptem 0.027V, czyli niecałe 0.03V. Jest to wynik, którego należy oczekiwać po poprawnie naładowanym ogniwie. Po pierwsze zapewni nam to nieco dłuższe latanie (wcześniej jedna cela była niedoładowana), a po drugie zapobiegnie dalszemu pogłębianiu różnicy napięć pomiędzy celami, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do nadmiernego rozładowanie jednej z nich w trakcie latania, albo przeładowanie drugiej przy ładowaniu. Obie te rzeczy negatywnie odbiłyby się na stanie baterii łącznie z jej ewentualnym napuchnięciem.

Podsumowanie

W zasadzie wszystkie koptery RTF sprzedawane są w komplecie z ładowarką. Prawie nigdy nie są one dobrej jakości, ale za to tanie, ponieważ klient najczęściej nie byłby w stanie zrozumieć, dlaczego zapłacił więcej. W przypadku ogniwa, które kosztuje 10-15 zł nie ma większego znaczenia, czy wytrzyma 50 ładowań, czy drugie tyle. Jeśli jednak bateria kosztuje więcej – 80-100 zł to dbanie o pakiet zaczyna mieć znaczenie. Tym bardziej, jeśli decydujemy się na budowanie własnego modelu, albo kupno czegoś droższego. Jeśli więc jesteście zdecydowani, żeby wejść w to hobby to polecam pomyśleć o jednorazowym wydatku na ładowarkę w granicach 150-200 zł. Będzie Wam ona służyć latami i pozwoli nie tylko zadbać o pakiety, ale dodatkowo w pełni je wykorzystać.

Udanych lotów i niepuchnących pakietów!

P.S. Jeśli szukacie urządzenia do sprawdzania pakietów, którego używałem w tym artykule to można go nabyć na Banggood – GT Power Capacity Lipo Battery Checker